W moich tekstach opisuje sytuacje z dzieciństwa, niektóre z nich brzmią dość mocno, bo dla mnie takie były. Mogłabym teksty złagodzić ale zawsze jak piszę, piszę to co ze mnie akurat wypływa a jak coś próbuje zmienić to wygląda to jak masło maślane.

Zacznę od początku. Zdaje sobie sprawę z tego, że czasy wojny minęły jakiś czas temu. Mamy sklepy pełne ubrań, jedzenia, ciepłe domy z gorącą wodą w kranie ale czy zawsze tak było? Nie. Moja rodzina wywodzi się ze wsi, pamiętam jak babcia mi opowiadała, że obfite plony w lecie oznaczają obfitą zimę. Co roku tak samo, strach czy warunki pogodowe będą sprzyjające a jedzenie ze sklepu były jedynie na kartki. Druga babcia opowiadała jak biegała w życie w walkach partyzanckich, dalekie czasy? Nie, babcia żyje. Wczoraj jak powiedziałam jej, że idę do lasu odpowiedziała „Gdzie będziesz szła, zostań w domu, jeszcze Ci się coś stanie”. Czasy walk dawno minęły ale jak widać strach w niej ciągle żyje… Babcia mojego znajomego była w pociągu, który jechał do Niemiec, wyskoczyła, żołnierz strzelił w jej stronę, chybił a ona udawała martwą żeby tylko nie powtórzył strzału. Wracała do domu na pieszo kilka dni, dzień i noc… Natomiast w miejscu, gdzie jest mój dom rodzinny mój dziadek wraz z kilkoma innymi ludźmi budowali nową osadę, na naszym podwórku były 3 budynki, wokół pola i lasy. Pewnego dnia zaczęły nad budynkami latać wojskowe samoloty, dziadek kazał babci i cioci wziąć krowy i chodzić od jednego budynku do drugiego, żeby było wiadomo, że to osada rolnicza. Bomba mogła spaść w każdej chwili… ciągle pamiętam strach w cioci oczach, gdy mi to opowiadała. W miastach nie było lepiej, były bombardowane, był głód, bieda, godzina policyjna, getta. Na studiach mieszkałam w Łodzi, jest tam wiele miejsc, które pozostały po rzeźni jaka tam się odbyła…

Ciągle towarzyszący strach, żeby wystarczyło jedzenia, żeby dom był bezpieczny, żeby nie przyszli nieproszeni goście, jeden błąd mógł kosztować życie.

Polska jest teraz wolnym krajem, jest obfitość jedzenia, ubrań, technologii, pięknych miejsc stworzonych przez człowieka ale czasami odzywa się w nas ta mentalność braku połączona ze strachem, która kiedyś była codziennością. Tak jak nam przekazano pewną wiedzę, zachowania tak też nasi rodzice dostali wiedzę od swoich rodziców. Z pokolenia na pokolenie. Gdyby nasi rodzice dostali miłość, zrozumienie wtedy umieliby to przekazać młodszemu pokoleniu, nam. Zdaje sobie sprawę z tego, że w domach rodzinnych mojej mamy, czy taty nie było zgody na wszystkie emocje, że czasami było naprawdę ciężko i trudno ale to nie ujmuje krzywdy jaka została mi wyrządzona.

Czasami słyszę słowa, bo rodzice mieli tak ciężko, na rodziców nie powinno się powiedzieć złego słowa, nie wypada, co ludzie powiedzą. Tutaj też się odzywa echo systemu patriarchalnego. Rodzice mieli ciężko ale od nas tylko zależy czy my pozwolimy sobie z siebie wyrzucić zablokowane emocje, przeżyć te sytuacje co nas blokują i uwolnić napięcia z ciała. Nie mówię tutaj o wyrzygiwaniu się do matki czy ojca tylko zadbanie o siebie w bezpiecznej przestrzeni u boku wspierającej osoby, przyjaciółki czy terapeutki. Bo tak, nie wydawało Ci się, że w tamtej sytuacji Twoje granice zostały przekroczone w bestialski sposób i masz prawo czuć wściekłość. Ja w moim procesie nie kontaktowałam się z mama praktycznie w ogóle przez około pół roku, kolejne pół roku dzwoniłam sporadycznie i pozwalałam sobie być w procesie, przeżywać to co się pojawiało. Wyrzucałam wściekłość na to co mi zrobiła, płakałam kąpiąc się w wielkiej ranie odrzucenia, uwalniałam blokady w ciele i stawałam się dla siebie Idealnym rodzicem. Takim, którego zawsze chciałam mieć.

Teraz, jestem w domu rodzinnym na ponad miesiąc bo mama miała wypadek samochodowy. Przyjechałam z własnej woli, bardzo lubię gdy chodzimy razem do lasu na grzyby bo może spacerować a ja uwielbiam spędzać czas w naturze. Kiedyś dostawałabym szału przy niektórych sytuacjach, teraz tylko mówię, gdy zauważę pewne zachowania, choć zdarzyło mi się też unieść głos. Też jest tak, że gdy przekraczamy próg domu rodzinnego, gdzie spotkało nas tyle krzywd, podświadomość pokazuje, gdzie jeszcze są jakieś sprawy do zobaczenia. Skłoniło mnie to też do kilku głębokich procesów i zobaczenia miejsc, które potrzebowały jeszcze ukochania. Relacja z mamą, którą mam teraz nie byłaby możliwa, gdybym nie uznała swoich krzywd. Nie umiałam też przyjąć od niej tych pozytywnych i pięknych rzeczy, które dla mnie zrobiła. Wyparcie nie prowadzi donikąd tylko wstawienie się w te trudne sytuacje, pozwolenie na emocje i uwolnienie ich z ciała.

Całuję,

Joanna Skalska

Dzisiaj mam poranek refleksji.

Po emigracji z Polski moja zbroja pewnej siebie, silnej Asi rozpadła się, towarzyszył mi ciągły strach…
Mieszkałam w Londynie więc dodatkowo byłam przytłoczona dynamiką miasta…
Bałam się odezwać do obcej osoby, nigdy nie wiedziałam jakim akcentem, słownictwem mnie zaskoczy…
Bałam się krzyczących, przepychających się nastolatków…
Bałam się zatłoczonych miejsc…
Bałam się przechodzić przejściem podziemnym przez ulicę, bez ciągłego oglądania się za siebie, gdzie za nim znajdował się najbliższy supermarket…
Bałam się za każdym razem, gdy jakiś mężczyzna na mnie dłużej spojrzał…
Zaniedbałam mój wygląd zewnętrzny…
Bałam się jak miałam drzwi uchylone na ogródek, że zaraz ktoś wejdzie i coś mi zrobi…
Bałam się otworzyć drzwi, gdy zadzwonił dzwonek…
Moją pierwszą pracą w Londynie była praca w polskiej firmie w administracji, gdzie za wszystko co źle zrobili w fabryce obarczali mnie winą, gdzie dziewczyna przy biurku obok podkładała mi świnie…
Następnie pracowałam dla silnie narcystycznej kobiety, która na początku była miła, chciała mnie poznać, dużo ze mną rozmawiała a później, jak już znała moje słabe punkty to je wykorzystywała przeciwko mnie…
W domu z partnerem ciągle się kłóciłam, ciągle mi coś nie pasowało…
Nie wiedziałam co chce, jak chce a jak pojawiały się jakieś marzenia to wewnętrzny krytyk szybko sprowadzał je do parteru…

Wystraszona, nic nie warta, gruba, głupia idiotka, która nic nie umie i nic nie potrafi.

Przywołując te wspomnienia, przywołałam też emocje.

Czułam się jak w klatce. Zobaczyłam siebie, jak wracałam na pieszo z pracy do domu. Cieszyłam się, że z niej wyszłam bo było ciężko. Nie chciałam iść do domu bo wiedziałam jaka mnie tam spotka atmosfera. Na dworze było zimno i padał deszcz. Stałam przed kawiarnią i bałam się do niej wejść, czułam się przytłoczona przez ludzi… nie miałam miejsca, w które mogłabym iść i czuć się bezpiecznie. Wróciłam teraz do siebie z tamtego czasu i dałam sobie to czego wtedy zabrakło… wsparcia i miłości.

Wracając do historii…


Ponad trzy lata temu rozmawiałam z koleżanką, która dała mi zadanie żeby wypisać 10 rzeczy, za które się kocham. To zadanie wywołało we mnie ogrom poczucia winy i potwierdzenie, że do niczego się nie nadaje i na nic nie zasługuję. Ta osoba była pierwszym światełkiem na mojej drodze. Poleciła mi filmiki na yt odnośnie relacji z Wewnętrznym Dzieckiem. Zobaczyłam nadzieję. Słuchałam, czytałam książki cały czas. Zaczęłam terapię. Myślę, że o tym jak się czułam podczas terapii napiszę oddzielny post bo był to ogromny roller coaster. Czym chce się dzisiaj podzielić to tym, że byłam przy sobie cały czas. Zrezygnowałam z pracy i skupiłam się na sobie. Wykorzystywałam oszczędności i korzystałam ze wsparcia mojego Partnera. Przeprowadziliśmy się z Londynu nad morze, które zawsze potrafi ukoić moje myśli i emocje. Rozmawiałam z moim Wewnętrznym Dzieckiem codziennie, często siebie nie rozumiałam i zdarzały mi się wpadki, wewnętrzny krytyk wygrywał. Towarzyszyły też wyrzuty sumienia, bo widziałam jak raniłam innych. To była bardzo wyboista droga i mimo ogromu wątpliwości szłam dalej. Czułam, że nie ma powrotu do tego co było wcześniej. Zapłaciłam za terapię, kursy, warsztaty, książki dużo pieniędzy ale wiem, że było warto. To była inwestycja we mnie. Wiem, że zrobiłabym tak samo dla ratowania zdrowia fizycznego.

W moim życiu zaczęło pojawiać się coraz więcej chwil w których, czułam się szczęśliwa. Zaczęłam widzieć opcje, które były tuż obok ale byłam na nie zamknięta. Relacje z bliskimi przeszły na całkowicie inny poziom. Zaczęłam rozumieć moją wrażliwość, która też pokazuję się coraz bardziej i bardziej. Znam swoje granice. Potrafię być w tu i teraz, zanurzyć się w chwili. Widzę otaczające mnie piękno i obfitość. Uwielbiam śmiać się spontanicznie, złościć z wnętrza brzucha i płakać do momentu ukojenia. Nie dążę już do „naprawienia” siebie, bo wiem, że wewnętrzny proces nie ma końca. Zawszę mogę zajrzeć w siebie głębiej, ode mnie zależy w jakich okolicznościach i z jakim podejściem to zrobię. Popełniam też błędy, nie uciekam od nich, biorę za nie odpowiedzialność i staram się, nie odwracać się w tych momentach od siebie.

W pewnym momencie zaczęłam szukać mojej drogi zawodowej. Wiedziałam, że kocham dzieci, zawsze okazywałam im ogrom miłości. Z tą myślą zaczęłam tworzyć przestrzeń, gdzie sprzedawałam dziecięce ubranka. Chyba nie muszę mówić, że przy tym też się nieźle namęczyłam… to uczucie ciężkości, gdy tylko myślałam o dokumentach… zaczęłam się poddawać…

Zobaczyłam w Internecie, że jedna z dziewczyn, która przeszła taką drogę co ja zaczęła pracować z innymi. Pojawiła się zazdrość, bo w końcu ja nie pozwalałam sobie nawet o tym myśleć! Zajrzałam w to bardzo głęboko. Otworzyłam się na głęboki proces, w którym zrozumiałam, że ta zazdrość pojawiła się, bo ja chce robić to samo! Podczas medytacji usłyszałam głos mojego serca.

Ja chce pracować z dziećmi! Z Wewnętrznymi Dziećmi!

Poświęciłam ogrom czasu, energii, pieniędzy na zdobywanie wiedzy, doświadczenia i właśnie tę wartość wykorzystuję w dalszym życiu. Rozwijam siebie w tym co kocham robić i tym też się dzielę z innymi. Przynosi mi to ogromną satysfakcję i radość. Cieszę się, gdy osoby w przestrzeni, którą tworzę mają głębokie procesy. Nigdy się tak nie czułam. Zawsze traktowałam pracę jako coś, co trzeba zrobić w przestrzeni od-do, i wrócić do domu, i dopiero wtedy, robić to co się chcę. Teraz wiem, że gdybym poszła gdzieś do pracy, nie miałabym sił na dzielenie się wiedzą, sesje z innymi. Dlatego połączyłam to co kocham robić z energią wymiany. Dlatego jestem tu i teraz i oferuję moje wsparcie innym.

W tym co robię jest moje serce i moja droga życia doprowadziła mnie do tego momentu.

Całuję,

Joanna Skalska