Zapraszam Cię do pytania, czy umiem komunikować moje NIE? A jeśli tak jest, to czy nie nadużywam tego słowa?

Znacie może osobę, gdzie widzicie, że niekoniecznie chce coś zrobić albo nie jest pewna swojej decyzji, a mimo wszystko nie potrafi powiedzieć nie?
Często są wykorzystywane przez innych, np. w pracy- „zostaniesz dłużej godzinę”? Nie potrafią powiedzieć nie…

Takie osoby są „tresowane” na bycie uległym, za tym kryje się poczucie winy, toksyczny wstyd i strach.
Wstyd powiedzieć co chcę, co czuję.
Strach, że stracę,
Strach, że odrzucą.
Strach, że odbiorą to co mam.

Czy to znasz?

Przypomnij sobie ile razy w szkole byliśmy zmuszani do mówienia tak na rzeczy, którym chcieliśmy powiedzieć nie.
Nie lubisz matematyki albo śpiewu?
Nie ważne, musisz się jej uczyć, bo tak jest w programie.
Nie robisz tego? Siadaj i pała.
Nie zdasz do następnej klasy? A to dopiero wstyd! A dodatkowo jaki opierdol w domu!

Jeszcze wcześniej.
Chcesz iść do żłobka albo przedszkola? Nie ważne, musisz bo wszystkie dzieci idą.

Jeszcze wcześniej, masz ok 5, 6 lat poznajesz świat i wypowiadasz swoje opinie na głos? Na przykład widzisz otyłą ciocię i mówisz wprost, że jest gruba.
Zawstydzenie, zamieszanie, bo tak nie można, nie wypada… ale za to już wypada powiedzieć innej cioci, że jest szczupła…
To nie wypada, tamto nie wypada, to można, tamto nie można… o ile razy ja dostałam opierdziel za mówienie rzeczy „które były niewygodne”. A one były jakie były…

Trzeba być dobrą dziewczynką.
Trzeba być grzecznym chłopcem.
Trzeba ładnie się wypowiadać.
Trzeba jeść nożem i widelcem.
Trzeba się zawsze ładnie uśmiechać jak ktoś przyjedzie.
Trzeba się przywitać buziakiem z wujem, który zalatuje alkoholem i przed sekundą wcinał śledzie….
Trzeba!

O a jak wyjdziesz z domu? To dopiero trzeba uważać. Nie biegać za szybko, nie skakać za wysoko. Tam można zbić kolano, a tam stłuc głowę. A tam? A tam to lepiej nie myśleć co niebezpiecznego może się stać.
Trzeba uważać!

A jak byliśmy malusieńcy to mama była zawsze blisko, ta najważniejsza, ta jedyna, ta bez której byśmy nie przeżyli.
Więc jak ona mówi co trzeba co nie wolno, to jest to prawda. Prawda i koniec.
Sprzeciwisz się? To co zrobisz? Wyprowadzisz się z domu w wieku 5 lat? Choć znam też takich śmiałków…

Jeśli rodzic szanuje nasze NIE uczymy się, zaznaczać granice.
Niestety często tak nie było.
Bo jak Ty dziecko chcesz zrobić „po swojemu” jak ja dorosły wiem, co dla Ciebie będzie najlepsze. Zawsze.

Dyscyplina egzekwowana może siła, może krzykiem, może strachem przed odrzuceniem, może manipulacją.

A co czuje dziecko? Wstyd, poczucie winy, złość i strach.

Wstyd stanąć za sobą, żeby nie zostać ośmieszonym bądź odrzuconym.
Poczucie winy, bo przecież mamusia mówi inaczej.
Złość, którą nie można pokazać na zewnątrz.
Strach postawić granice więc bierzemy na siebie tyle, ile na te małe barki dziecka jest za dużo, za ciężko, za trudno.

To jest lepsze niż strata, ja pokażę mamie, ja udowodnię, że potrafię, ja udźwignę ten ciężar wtedy mnie doceni, zobaczy, ukocha.

A w środku jest to małe dziecko, które się boi i woła „proszę zobacz mnie, zaakceptuj, nie odrzucaj… proszę, zrobię wszystko”

W dorosłości odgrywamy te same schematy, starając się ponad siły, walcząc, krzycząc, odpuszczając, poddając się, wchodząc w rolę ofiary…
Bo tam w środku ciągle płacze to małe nieukochane wewnętrzne dziecko.

Uczymy się wpuszczać za blisko albo stawiać granicę na samą myśl, że ktoś chce ją przekroczyć.
Jest wielkie NIE, nie dla rzeczy, nie dla nowości, nie dla wyjścia ze strefy komfortu.

Czy znasz może osoby, gdzie jak opowiadasz o czymś nowym, innym od znanych utartych struktur to ona zawsze odpowie nie?
Nie… to nie dla mnie.
Nie… ja mam tamto sprawdzone.
Nie… mi to nie pasuje.
Ja wolę po staremu.

A co za tym się kryje?
Tak, to ten sam strach.

To małe dziecko w środku boi się, że znowu zostanie nadużyte. Wstyd jak zainwestuje czas albo energię i nie wypali, a co ludzie powiedzą? Wyśmieją, odrzucą, powiedzą, że coś ze mną nie tak.

Kochani te wzorce są tak mocne i silne, że czasami jesteśmy uwięzieni w tych schematach nawet nie wiedząc o nich!

A nauka stawiania zdrowych granic, mówienia NIE jest jedną z ważniejszych rzeczy w naszym życiu. Spotykając się z Wewnętrznym Dzieckiem i w tych wszystkich sytuacjach pozwalając mu powiedzieć „NIE, nie zgadzam się”, Ty dorosła/y uczysz się swoich zdrowych granic.

W tu i teraz uczymy się będąc w kontakcie ze sobą, z emocjami, z uczuciami, czasami może się nie udać ale pamiętajmy, że to jest nauka.

Zatrzymaj się teraz na chwilę. Pomyśl, pobądź trochę z tym pytaniem, które zaraz przeczytasz.

Kiedy ostatnio powiedziałeś/aś nie i było to zgodne z Tobą?
Kiedy wypowiedziałeś/aś nie nawet nie słysząc pytania do końca?
A kiedy chciałaś/eś ale koniec końców zrobiłeś coś wbrew sobie?

Zobacz, gdzie była ta granica w tamtej sytuacji i co za nią stoi?
Czy może złość, że ktoś był za blisko?
Czy może strach, że jak czegoś nie zrobię to stracę? Stracę co?
Czy może strach, że ktoś może mnie zranić, nie mogę zaufać?
Czy może poczucie winy, że jak ja zrobię jak chcę to ktoś na tym ucierpi?

Kto pierwszy w Twoim życiu przekraczał Twoje granice?
Którą sytuację zapamiętałaś/eś najmocniej?
Kto pierwszy nadużył Twojego zaufania?
Komu ufałeś/aś a ta osoba Cię wykorzystała bądź zdradziła?

Zobacz co się dzieje z Twoim ciałem, gdy czytasz te pytania? Czy czujesz gdzieś napięcie? Gdzie w ciele? Przy którym pytaniu?

Wystarczy, że się nad tym zatrzymasz i zastanowisz. Możesz wziąć kartkę i długopis, i opisać tą sytuację, sprawdzaj jak się przy tym czujesz i pozwalaj tym emocją płynąć. Słowa nie muszą być ładne i składne, to nie jest esej na ocenę. To Ty pozwalasz sobie, żeby wybrzmiało to co boli w środku.

Najprawdopodobniej odpowiedzi na te pytania będą prowadziły do rodziców, opiekunów.

Oczywiście nie zawsze było to robione w złej wierze, intencji. Często to były osoby nieświadome, nieznające własnych granic. Czasami niestety opiekunowie posiadali tak głębokie rany, że zadawali ogromną krzywdę swoim dzieciom powielając stare wzorce.
.
Nie ważne czy bałaś/eś manipulowana/y przez nieświadomą osobę, czy też bita/y za mówienie NIE.

Ważne i najważniejsze jest, żebyś się nad sobą pochylił/a. Nad tym niewinnym dzieckiem w sobie i pokazał/a mu, że teraz już jest inaczej, teraz już może BEZPIECZNIE stanąć za sobą zawsze.

Ty będziesz blisko.
Nie ważne ile to będzie trwało.
Ważne, że Ty w tym wytrwasz.

Kochani ja wiem, jak czasem jest trudno!
O tak!
Kilka miesięcy temu moje Wewnętrzne Dziecko powiedziało NIE. Mała Asia, około dziesięcioletnia usiadła w fotelu bujanym przy dużym oknie z widokiem na morze.
I ani rusz!
I o co chodzi?
Dlaczego?
Po co?
Przecież ja dorosła miałam plany!

A po to, żeby zwolnić, być, doświadczać.
Przychodziłam do niej codziennie i siadałam obok. Po kilku dniach na mnie spojrzała, a po kilkunastu powiedziała, okay już wystarczy
.
I wtedy też rozpoczął się we mnie przepiękny proces, odkrywania w sobie tych pięknych delikatności i subtelności.
Uszanowałam to NIE.
Umysł chciał szybciej, bo po co tak?

Ale dusza chciała inaczej.
A jaka magia zaczęła pojawiać się w życiu?
Otworzyły się nowe drzwi, nowe możliwości!
O tak!

Proces odzyskiwania siebie i swoich granic to nie jest szybki rajd. To jest roller coaster, raz szybciej, raz wolniej, raz w górę, raz w dól.

Z czasem ta droga staje się bardziej stabilna.
Ale jak nauczymy się z tego wszystkiego korzystać, czerpać, doświadczać, szanować to jest to najwspanialszy cud życia.

CUD życia, naszego Życia.

Z miłością❤️
Asia

Od kilku dni mam ochotę posprzątać bardzo dokładnie moje mieszkanie. W środę zajrzałam do każdej szafki w kuchni, wytarłam każdy widelec, przyprawę a dziś zaczęłam sprzątać salon. Potrzebuję więcej przestrzeni na nowe a przestrzeń emocjonalna jest połączona z tym co mnie otacza, również z bałaganem w szafkach. Ja patrzę na wszystko bardzo holistycznie.

Zaczęłam sprzątać słuchając jednocześnie online summit pod tytułem „Beyond Brain Fog: How to Use Tapping to Overcome Brain Fog and Chronic Fatigue”. Prowadząca zaprosiła do ćwiczenia, a ja idąc za jej wskazówkami poczułam się taka przeciążona, tak dużo na głowie, tyle do zrobienia. Czy dam radę?

Zatrzymałam nagranie i pozwoliłam sobie na te emocje, uczucia, ciało zaczęło opadać zmęczone w fotelu. Nie miałam sił. Pojawiło się zdanie „Nie ma sensu się starać i tak mi się nie uda”. Zaskoczona pozwoliłam sobie w tym być, doświadczyć tego w pełni. To było długie kilka minut…

Zobaczyłam siebie w podstawówce, klasy 3-6. Nie wiedziałam co mnie woła, nie wiedziałam co to za wspomnienie, dlaczego te uczucia były takie mocne… Czułam ogromne przytłoczenie i świadomość, że nie ważne jak bardzo będę się starała to nie jestem w stanie tego wygrać. Nie było sensu walczyć, przegrana była określona z góry… poczułam energię mojej wychowawczyni, która mnie nie lubiła. Mama spijała z jej ust każde słowo i nigdy nie zapytała mnie o zdanie, czy wydarzyło się to o co oskarżała nauczycielka i w jakiej skali. Słowa nauczycielki były święte, nie byłam w stanie się przez nie przebić.

Winna.

Niedobra.

Nie umie się zachować.

Koniec semestru, czas kartkówek i klasówek.

Ja sama. Czułam, że nie ma nikogo obok mnie.

Przytłoczona, bo jak dostanę niską ocenę to będę miała duży problem…

Przyjaźniłam się z dziewczyną, która była najlepsza w klasie więc wytwarzałam sobie presje, żeby nie być gorsza…

Przytłoczenie, przytłoczenie, przytłoczenie.

Pozwoliłam, sobie je czuć, wspomagałam się opukiwaniem. Poszłam ja dorosła do mojej Wewnętrznej Dziewczynki, ona nie zwróciła na mnie nawet uwagi. Była tak bardzo smutna, nie widziała wyjścia z sytuacji, nie miała żadnej możliwości tytko musiała iść dalej choć wiedziała, że i tak nie sprosta oczekiwaniom. Czułam oddech nauczycielki na mojej twarzy, czułam jak stoi przede mną a ja nie mogę iść dalej, czułam jak bardzo mnie blokuje a ja WTEDY nie mogłam NIC ZROBIĆ! NIC! Nie czułam nikogo, do kogo mogłabym się zwrócić.

Wtedy w moim ciele pojawił się mechanizm dysocjacji, mój umysł zdecydował, że lepiej będzie dla mnie jak te emocje zostaną wyparte. W późniejszym życiu te same emocje się pojawiały, ale ja pięknie umiałam się od nich odcinać skupiając się na pozytywach, doceniając się za to co zrobiłam, denerwując się na najmniejszą pierdołę, żyjąc moją pracą, imprezami itd. Jak będąc w kompletnym odcięciu od siebie miałam spojrzeć na część mnie, która myśli, że nie warto w ogóle zaczynać bo i tak zostanę niesprawiedliwie osądzona. Do czasów szkolnych, nauczycielki i matki wracałam wiele razy ale dziś byłam wreszcie gotowa, żeby zintegrować w sobie tą część.

Wróciłam do mojego wewnętrznego dziecka, ona nie reagowała na mnie ale wiedziałam, że zawołała mnie po coś. Moje ciało zaczęło się wykręcać w lewą stronę, jakbym nie mogła patrzeć w przód. Pozwoliłam sobie tego doświadczyć. Ja z pozycji dorosłego rodzica powiedziałam, że już nie jest sama. Pojawiło się więcej światła. Z moich ust wyszły słowa skierowane do nauczycielki „to było takie nie fair! Z Tobą jest coś nie tak”. Wiele razy procesowałam złość skierowaną do niej więc te słowa wystarczyły…

Poczułam się lżej ale czułam w ciele taki łańcuch na mojej talii, który ciągnął mnie w tył. Coś tam jeszcze było… ale co? Czułam jak zapadam się w fotelu, głębiej i głębiej. Usłyszałam głos mojej babci… „ nie jest bezpiecznie mówić”. Skąd wiem, że to była babcia? Po prostu, nawet to podważyłam ale odpowiedź pojawiła się silniejsza. Zapytałam dlaczego, a w odpowiedzi usłyszałam, że przez to możesz zginąć. Tak, wtedy zobaczyłam jak ten strach, który był podczas wojny odnośnie swobodnego wypowiadania się był ciągle żywy w moim rodzie. Wtedy konsekwencje wypowiadania swojego zdania, gdzie było ono inne od ogółu mogły być niebezpieczne. Poczułam ogromny ciężar na mojej klatce, ból w kolanach, było mi bardzo ciężko oddychać.

A co ja teraz robię? Mówię i piszę o sprawach, gdzie wiele osób myśli o mnie co najmniej „dziwna” a stosunkowo niewielka ilość ludzi interesuje się podobnymi tematami co ja.

Wtedy przypomniały mi się czasy gimnazjum, nie chciałam tak szybko przechodzić od tematu ale było to zbyt silne. Przypomniałam sobie piękną rozmowę z nauczycielką i poczułam, że ona mnie widziała. Rozpłakałam się całą sobą. Poczułam, że wydawało mi się, że jestem sama, bo miałam wiele takich doświadczeń to jednak były osoby w moim życiu, które widziały mnie taką jaka byłam. Ja na tamten czas nie umiałam ich dostrzec, a wtedy podczas tamtej rozmowy ona zaprosiła mnie empatycznie do pokazania siebie. I teraz czułam, że akceptowała mnie taka jaka byłam. Przez wiele lat widziałam tamtą sytuację w innym świetle. Nie umiałam dostrzec osób, które mnie widziały jako mnie i dawały mi na to przestrzeń. Teraz widzę takie osoby w moim życiu a w przeszłości myślałam, czułam, że jestem sama, jedyna z takimi problemami i przez nikogo nie akceptowana. Nie umiałam dostrzec tych pięknych świateł, które świeciły obok mnie.

Wróciłam do mojej babci, podziękowałam za troskę o mnie i uwolniłam ten schemat z mojego ciała. Wtedy nie było bezpiecznie wypowiadać swojego zdania ale TERAZ jestem jedną z tych osób, która przeciera szlaki mówi wprost o tym co czuje, o tym jak było i jakie to było dla mnie trudne.

Wróciłam do mojej Wewnętrznej Dziewczynki z podstawówki, ona już mnie widziała. W odpowiedzi na to co potrzebuje odpowiedziała – „BĄDŹ”. Więc byłam, w miłości do siebie a w moim sercu pojawiło się ciepło.

Ile z nas doświadczyło sytuacji, gdzie z pozycji dorosłego mogą to się wydawać błahostki ale z pozycji dziecka było to dla nas tak przytłaczające, że doświadczamy dysocjacji. Odcinamy się od tej części nas, która cierpi za bardzo, bo gdybyśmy w pełni ją czuli pewnie objawiłaby się jakąś chorobą fizyczną. Te części nas, one tam są i czekają na powrót do domu a my możemy spotkać się z nimi i zintegrować je z całością. Te części nas wołają przez trudne emocje, powracające sytuacje a my mamy możliwości, mamy narzędzia, które rewelacyjnie działają i możemy sprawić, żeby widzieć przeszłość, taka jak była ale bez bólu. Nasze blokady mogą też sięgać do naszego rodu, ponieważ babcia przekazała je mamie a mama nam…

Tak ja ta sytuacja, może wydawać się nieistotna. Oczywiście, że miałam prawo poczuć się przytłoczona, bo w salonie jest totalny bałagan, pranie firan a jeszcze większa część mieszkanie przede mną. Praktykuję sesję EFT więc mój grafik na przyszły czas jest wypełniony po brzegi. Miałam prawo czuć się przytłoczona ale z pozycji dorosłego wiem, że każdy czysty kąt w domu, każda sesja da mi ogrom radości i nie mogę się doczekać, żeby tego doświadczyć. Ale uczucia i mechanizmy, które we mnie wybrzmiewały krzyczały: to jest niebezpieczne, nie możesz rozmawiać swobodnie z tyloma nieznajomymi, podejmujesz wyzwanie, gdzie z góry jesteś skazana na przegranie.

I tak było. KIEDYŚ przegrana była jedynym doświadczeniem, które mogłam przeżyć ale doświadczyłam też pięknych chwil, które przyjęłam do serca i TERAZ wiem, że jestem bezpieczna mówiąc moją prawdę. Dzieląc się nią. Dzieląc się technikami, wiedzą, umiejętnościami, które działają rewelacyjnie a ja czasami jestem pod wrażeniem tych pięknych chwil, które doświadczam.

Wzruszyłam się teraz i oczy mi się zaszkliły. Nigdy nie myślałam, że będę mogła doświadczyć takich pięknych chwil, zawsze je łączyłam z wakacjami, zwiedzaniem a nie z siedzeniem w wielkim rozgardiaszu obok środka czystości, który zaraz wezmę w rękę.

Bardzo Ci dziękuję, że przeczytałaś/eś opis mojego procesu, którym się dzisiaj dzielę.

Życzę Ci wspaniałego dnia.

Każdy z nas potrzebuje szczęścia, miłości, radości, pieniędzy, akceptacji, bezpieczeństwa.

Czasami idealizujemy rzeczywistość, patrzymy na przeszłość przez różowe okulary i marzymy o cudach, które mogą nam się przytrafić, ale jednak nigdy się nie zdarzają.

Albo patrzymy na przeszłość, jaka była straszna, teraźniejszość do dupy a w przyszłości nie szykują się żadne zmiany.

Łatwo jest usiąść przed książką czy telewizorem i dać się ponieść opowiadanym historią, pięknym widokom, które nie spotykają nas. Wzrasta frustracja, że tak bardzo się staram, a nie mogę zmienić mojego życia, że w poniedziałek znów idę do tej pracy, która może nawet i trochę lubię, ale wiele rzeczy w niej mi nie odpowiada. Idę, patrzę, doświadczam a strach przed zmianami jest tak duży, że decyduję się pozostać w mojej strefie komfortu.

Och jak bardzo to było mi znajome, a Tobie?

Chciałam doświadczać radości, a nawet gdy była piękna chwila nie umiałam się nią cieszyć. Ciągle brzmiało, zaraz się to skończy, nie zasługujesz, strach przed doświadczeniem tego piękna, że będzie ból jak ta chwila się ulotni.

Wybrałam drogę prosto do traum.

Zdecydowałam się na otwarcie tych pozornie zasklepionych ran, które ciągle sączyły bólem i cierpieniem. Udałam się do środka cyklonu i czułam jak moja kontrola życia, była tylko iluzją. Nie miałam nad niczym kontroli a jedyne co doświadczałam to zawód, frustrację i pozorne uczucie, że panuje nad wszystkim.

W moim dzieciństwie doświadczyłam wiele, dlatego pierwsze kilka miesięcy mojego procesu były jak piekło. Dodatkowo czułam opór przed dopuszczeniem do siebie tych wszystkich emocji, bo tak bardzo się ich bałam, że ten proces się przedłużał, męczył, wkurwiał… Myślałam, że nigdy się nie skończy.

Proces z Wewnętrznym Dzieckiem jest świadomym zejściem do tych wszystkich bolesnych momentów, które doświadczyliśmy. Otwieramy ranę, oczyszczamy ją, wlewamy eliksir miłości, który zaczyna działać w całym naszym ciele. Jak ten eliksir pulsuje w naszych żyłach to automatycznie trafia do innych ran boleśnie o nich przypominając. A one krzyczą, zajrzyj tutaj, zobacz mnie, ja Ciebie też potrzebuję.

Ból, złość wydaje się być bez końca…

Ciało reaguje, mogą się pojawić dolegliwości psychosomatyczne, zwątpienie przychodzi coraz częściej. Czy aby na pewno to ta droga…?

Potem życie podsyła nam sytuacje a my potrafimy spojrzeć na nią inaczej, widzimy świat taki jaki jest i jest mniej bólu…

Te rany powoli się goją, jest więcej radości, pozwolenia na to, co się pojawia i nie ma już tych mocnych reakcji, jest lżej, milej, przyjaźniej, radośniej.

Uczymy się, że proces rozwoju osobistego nie ma końca, pojawiają się sytuacje a ja z nimi się spotykam w akceptacji.

A jak się pojawia opór i coś schrzanię to podchodzę do tego ze zrozumieniem, to doświadczenie było mi potrzebne, żeby wejść schodek wyżej na mojej drabinie świadomości.

Jestem, wstawiam się i wiem, że nigdy nie będę idealna, a jednocześnie wiem, że ta chwila jest dla mnie idealna, żebym mogła doświadczyć tu i teraz. Wiem, że za sytuacjami, które mnie poruszają płynie nauka, mogę odrobić lekcje albo ją zignorować.

Wybór należy do mnie.

Wiem, że z osoby, która siebie nienawidziła, nie znała jestem teraz w przestrzeni miłości do siebie, świata i innych.

Było warto wypłakać każda jedną łzę, przejść przez ten proces i świadomie zdecydowałabym się na to samo.

Jeśli Ty jesteś w procesie, pamiętaj, że nie jesteś sama, jest wiele osób, które przechodzi albo przechodziło przez podobną drogę do Twojej.

Nie jesteś sama❤

Pozdrawiam,

Joanna Skalska.

Dzisiaj usłyszałam te słowa na sesji i z nimi zostałam na dłużej.

Zdałam sobie sprawę, że teraz często słyszę to zdanie. Inni pokazują mi to co się we mnie zmieniło. Kiedyś z cierpliwością nie miałam nic wspólnego. Wszystko musiało być na już, a jeśli nie było czaił się stres i strach.

Wróciłam pamięcią do wspomnień, gdy ja coś chciałam i gdy ode mnie coś chcieli. Wszystko musiało być na już, na teraz.
Gdy oczekiwano ode mnie coś w domu, np. sprzątania, musiałam to zrobić od razu bo inaczej bura.
Gdy ja coś chciałam i zostało mi obiecane to chciałam to od razu bo inaczej wiedziałam, że nie będzie w ogóle. Bo mama zmieni zdanie. Bo będzie miała inne wydatki. Bo tych bo, było zawsze dużo.

Zakorzenił się we mnie program, który mówił, że jeśli jest pragnienie, oczekiwanie, prośba to chcę to od razu bez czekania bo inaczej moje potrzeby będą nie spełnione a za tym myśl, że nie zasługuję albo w drugą stronę, ja zostanę obarczona winą za niespełnienie oczekiwań innych. Moi pracodawcy byli zachwyceni, bo pracowałam ponad moje siły, żeby tylko nie ponieść kary, w tym przypadku zwolnienia. Sama też w moim procesie chciałam wszystko jak najszybciej i efektowniej co skończyło się miesiącem wegetacji, gdzie nie potrafiłam się spotkać z żadną z emocji.

W pewnym momencie przestałam mówić o moich pragnieniach na głos, bo spotykały się z tekstami typu: ty to byś wszystko chciała, a może do tego gwiazdkę z nieba, skąd ja Ci na to wszystko wezmę pieniędzy itd. Gdy mówiłam na głos co chce osiągnąć a moje małe marzenie nie doszło do skutku czułam ogromny wstyd i zaprzestałam w ogóle marzyć. Bo jak mam marzenie i będę mówiła o nim na głos to inni będą pytać i oczekiwać, że je spełnię, będę czuła ogromny wstyd i porażkę, gdy mi nie wyjdzie. Tak samo, gdy byłam małą dziewczynką i rodzice mi coś obiecali, ja się tym chwaliłam przed rówieśnikami a później czułam wstyd, że jednak to nie doszło do skutku.

Jeszcze 2 lata temu, jak np. gdzieś wyjeżdżałam na długo planowany wyjazd czułam się odcięta od siebie, jakbym nie była w swoim ciele, byłam w totalnym odcięciu od tego co mnie otacza. Pamiętam jak siedziałam w samolocie lecąc do Włoch i mówiłam sama do siebie: „Tak wiem, pamiętam jak nawet przestałam marzyć o wyjeździe na wakacje za granicę ale teraz lecę, teraz tu jestem, zwiedzę Toskanie i Rzym. Jestem.”. „Jestem” to było słowo, które powtarzałam jak mantra. Żeby poczuć, że to co kiedyś nie miało szans zaistnieć, teraz jest i mnie dotyczy, bo moje ciało nie musi się już zamrażać i odcinać od uczuć. Teraz jestem tu i teraz, jestem bezpieczna.

Ta cierpliwość powstała jako jeden z tych małych cudów, które miały miejsce podczas odkrywania siebie. Że jednak cierpliwość jest w mojej naturze. Jak sięgam pamięcią, nie pracowałam nad tym konkretnie tematem a dawałam sobie akceptację, miłość, bezpieczeństwo i poczucie, że moje potrzeby sa ważne i zasługują na to, żeby zostały spełnione. Wracałam do siebie tysiące razy i pokazywałam sobie, że ja teraz mam sprawczość w swoich rękach i mogę tego dokonać. Teraz to co czuję jest ważne i mam na to przestrzeń, tyle przestrzeni ile mi potrzeba.

Jakiś czas temu otworzyłam się na kolejny proces, zdobywam wiele informacji, które testuje ze sobą. Cześć z nich integruje i poszerzają moje widzenie a część odrzucam bo tego nie czuję. I fakt, łatwiej byłoby być już ten krok dalej, z tym rozpoznaniem ale celebruję to dojrzewanie. Żeby można było zjeść dojrzały owoc, on potrzebuje swojego czasu, żeby urosnąć i dojrzeć. Surowe jabłka są twarde i kwaśne a dojrzałe soczyste i słodziudkie. Tak jak teraz wiem i potrafię czekać, żeby jabłko dojrzało, tak też mam świadomość i zaufanie do tego co się pojawia w moim życiu. I fakt czasami chcę przyspieszyć czas i tupię nóżkami z niecierpliwością ale nie mam już tej presji za plecami, która towarzyszyła mi wcześniej.

Pozdrawiam serdecznie z miejsca w którym dzisiaj celebruję tu i teraz. Zatrzymanie w sobie, zatrzymanie w tej pięknej przestrzeni.

Pozdrawiam ciepło,
Joanna Skalska

Dzisiaj jest taka ogromna mgła w mojej ulubionej części lasu. Przypomniało mi się, że w ten sam sposób czułam się na początku mojego procesu. Ten las znam i wiem, gdzie chcę iść ale w procesie czułam jakbym wkroczyła w ogromną mgłę. Nie wiedziałam co mnie czeka za kilka kroków, czy ogromna przepaść czy może wielka góra, gdzie będę musiała wspiąć się na jej szczyt żeby iść dalej. Nigdy nie wiedziałam co się wydarzy… wiedziałam, że chce żeby te nagromadzone emocje ze mnie wyszły, dlatego tez umawiałam się na kolejne sesje i kolejne i kolejne. Nauczyłam się pracować sama, pisałam dużo w pamiętniku, uczyłam się nowych metod, czytałam dużo książek i artykułów. Co najważniejsze uczyłam się słuchać siebie, tego „wiedzenia” ze środka, czasami robiłam inaczej niż ktoś mi sugerował bo wiedziałam, że to co czuję w sobie nigdy mnie nie okłamie, czasami też sugerowałam się umysłem: bo tak powinnam, bo tak wypada, bo inni tak robią i często te decyzje dla mnie były nietrafione.

Bo tak ciężko jest zaufać… zaufać sobie i temu wołaniu z wnętrza, gdy byliśmy od najmłodszych lat uczeni, że to co czuje nie jest prawdziwe bo mama wie lepiej, bo tata mówi inaczej, bo Pani w szkole to wszystko wie, bo skończyła długie studia… Oni mają swoje doświadczenia, często zbudowane bez kontaktu ze sobą, w większości oparte na wiedzy przyjętej z zewnątrz. Dlatego nauczyłam się walk na argumenty, że jedna osoba w konflikcie czy nawet konwersacji zawsze wygrywa, że żeby doszło do porozumienia musi ktoś zrezygnować z czegoś. Do tej pory pamiętam jak dawno temu słuchałam wykładów John’a Bradshow, gdzie mówił jak sam słyszał „My way or the hallway”. Tak też się czułam w moim życiu, albo ja się dostosuje albo ktoś inny ma się dostosować do mnie.

W tej mgle, gdzie widziałam tylko kilka metrów przed sobą nauczyłam się ufać swojemu prowadzeniu, wewnętrznego kompasowi. Powoli ta mgła zaczęła opadać. Teraz w życiu idę swoją indywidualną ścieżką, gdzie czasami też się potykam i wpadam w dołek. Mijam ścieżki innych i spotykam się z nimi, gdzie następuje wymiana, czasami są to miłe doświadczenia czasami mniej. Czasami te doświadczenia otwierają mnie na wewnętrzny proces, gdzie spotykam się ze sobą w większej świadomości.

Nie bój się, gdy masz wrażenie, że coś z Tobą jest nie tak, że idziesz w zła stronę, że błądzisz. To jest naturalne, gdy uczymy się kontaktu ze sobą w nowej jakości. Z Tobą jest wszystko w porządku, zapytaj siebie czyj to był głos z przeszłości, który mówił bądź sugerował, że jesteś niewystarczający/niewystarczająca. I co najważniejsze ufaj sobie! Bądź ze sobą codziennie chociażby na chwilę! Ta mgła będzie powoli opadała a Ty nauczysz się iść do przodu w zaufaniu do siebie.

Całuję,

Joanna Skalska

Właśnie skończyłam oglądać film dokumentalny o osobach, które mają wysoką wrażliwość: „Sensitive- The untold story”. Planowałam obejrzeć ten film dawno temu, ale dzisiejszego ranka, gdy zapytałam się siebie co chce robić w ten niedzielny deszczowy poranek, przyszła odpowiedź. Wypożyczyłam film, który zaprosił mnie do wielu przemyśleń.

Wiedziałam, że odczuwam świat inaczej niż wiele bliskich mi osób, nawet na sesjach słyszałam, że mam wysoką wrażliwość, ale ciągle brakowało mi pewnego klocka, takiej cegiełki, która mogłaby scalić mur. Bo jak ja jako dziecko, ciągle krzyczące, dopominające się o swoje, uczestniczące we wszystkich apelach przed całą szkołą, głośna, zwracająca na siebie uwagę ni jak nie pasowałam do prezentowanego wycofanego dziecka, które mocno absorbuje świat, musi być na uboczu, bo jest on zbyt przytłaczający. Od dziecka szłam przez życie rozpychając się łokciami, przedzierałam się, żeby tylko być widziana, żeby tylko nie zniknąć. Często w centrum uwagi pokazując wszem i wobec, że ja SAMA dam sobie radę.

SAMA.

Tego najbardziej się bałam. Rana odrzucenia, którą miałam w sercu stworzyła system obronny, który odciął mnie od mojej wysokiej wrażliwości, żebym mogła przetrwać. Dla dziecka ważniejsze jest, żeby było widziane przez matkę nawet w złym świetle, niż żeby nie było widziane wcale. Dwie dużo starsze siostry miały swój nastoletni świat, gdy ja byłam małym dzieckiem plus idealna siostra, wzorowa uczennica, duma rodziny i ja- najmłodsza, krzątająca się pod nogami, nie ważna, nie istotna, „ta, co zawsze coś odwali”. Teraz rozumiem, że moje zachowanie było systemem obronnym. Chciałam być widziana, nic więcej, nie byłam w stanie rywalizować z perfekcyjną siostrą, ale mogłam być jedynie widziana, gdy robiłam coś „złego”, nikt nie widział tego wołania o pomoc, nikt nie widział, że ja chcę, żeby ktoś mnie zauważył i zaakceptował taka, jaka jestem. Zawsze byłam za głośna, bo jak się bawiłam to na całego, zawsze byłam tą, co robi awantury, bo mnie bardzo bolało, gdy moje granice były przekraczany w subtelny, manipulacyjny sposób i mówiłam o tym wprost. Myślałam, że taka jestem, ekspresyjna, głośna, niedobra. Pamiętam sytuację, gdy babcia zamartwiała się o moją kuzynkę, która w wieku około dwudziestu lat gdzieś wyjeżdżała, ja w wieku 19 lat wyprowadziłam się z domu, babcia powiedziała, że o mnie się nie martwi, bo ja sobie poradzę nawet jakby cały świat zalała woda. Nie widziałam, czemu mnie tak bardzo zabolały jej słowa. Zabolały, bo ja też chciałam, żeby ktoś się o mnie martwił, żeby ktoś mnie wspierał, żeby ktoś mi pomagał i akceptował taka, jaka jestem, a nie zostawił samej sobie, bo jakoś SAMA sobie poradzisz. Moja rana odrzucenia była taka ogromna, że odwróciłam się sama od siebie, tak jak odwróciła się ode mnie matka, bliscy. Chciałam za wszelką cenę być widziana, to mi wystarczyło, żeby nie zapomnieli, że jestem, żeby mama nie pojechała szybko samochodem do jej mamy, gdy ja będę się bawiła w domu obok u drugiej babci. Żeby pamiętali, że jestem. Z tej wielkiej rany wytworzyła się ogromna zbroja Asi walczącej, Asi nic nie ruszy, Asi, która ma wszystko gdzieś. Ta zbroja pomogła mi przetrwać, ale pod nią był ogrom bólu, tęsknoty za bliskością i lęku przed odrzuceniem, które to popychały do działań z pozycji braku akceptacji i lęku przed samotnością. W filmie jest wzmianka o tym, że niektóre dzieci, zaczynają krzyczeć i płakać, gdy są przytłoczone, często spotykają się z niezrozumieniem od dorosłych, bo jak to? Przecież przed chwilą się bawiłaś i wszystko było okay a teraz płaczesz? Co z tobą jest nie tak? Ciągle pamiętam jak płakałam w łazience przy oknie i prosiłam, żeby ktoś mnie zabrał z tego domu. W takich sytuacjach dziecku potrzeba akceptacji i zrozumienia, czasami nawet wystarczy zapytać, a nie z góry demonizować i przyklejać łatkę tej złej, niedobrej, tej, z którą coś jest nie tak. Wystarczy trochę empatii, współodczuwania i zrozumienia dla ekspresji emocji, bo one pojawiły się z jakiegoś powodu, dla dorosłego może to być błahostka, ale dla dziecka są one ważne.

Nie potrafię powiedzieć jak wiele razy wracałam do mojej małej Asi i pokazywałam jej, że uczucia, jakie ma są okay, że to jest w porządku, że tak się czuje i jestem przy niej ja, ja ją rozumiem i będę przy niej zawsze, że sposób w jaki odczuwa jest unikatowy i wspaniały a inni po prostu mają inną wrażliwość. Odkrywanie kawałek po kawałku mojej wrażliwości nie jest łatwą przygodą, usłaną płatkami róż, ale ta podróż jest warta każdej łzy, łzy smutku czy też wzruszenia. Mam wrażenie, że po każdym procesie odkrywam siebie na nowo, zdejmuje kawałeczki tej zbroi, którą nosiłam na sobie od maluszka a pod którą, jest to piękne wewnętrzne światło. Ta wielka pustka została wypełniona przeze mnie, ja sama dałam sobie przestrzeń na przeżywanie emocji i uwalnianie ich z ciała. Wracałam do wszystkich momentów, gdzie moje emocje, gdzie Ja czułam się nieważna i okazywałam sobie empatię jak również uznanie dla moich uczuć.

Wspomnę jeszcze o procesie, który miałam ostatnio. Często wracałam do chwili, gdy siostra siedziała z mamą w kuchni. Mama piła kawę, siostra herbatę i spędzały czas razem. Za każdym razem, gdy pojawiałam się na horyzoncie siostra opowiadała mamie jakąś sytuację, gdy zrobiłam coś, powiedziałam coś nie tak. Złość matki spadała na mnie, ja krzycząc wychodziłam a one we dwie mogły dalej na mój temat rozmawiać, jaka to nie jestem, zła, niedobra i nie umiem się zachowywać. Od dawna zdawałam sobie sprawę z mechanizmów, jakie tam zachodziły, rywalizacja o miłość matki itd. Często też procesując tę sytuację pojawiała się złość i smutek, dopiero niedawno poczułam ten straszy ból odrzucenia na innym poziomie niż kiedyś procesując wiele razy tę sytuację, przyznałam przed sobą, że ja też chciałam być częścią tych pogaduszek. Siostra miała idealny sposób, żeby się mnie pozbyć i zagarnąć całą uwagę dla siebie, często mnie ośmieszała albo zawstydzała, gdy siedzieliśmy wszyscy przy stole. Ja wybuchałam złością, bo moje granice były przekraczane i znowu w oczach bliskich byłam tą złą, która krzyczy i nie umie się zachować. Z tego miejsca jestem świadoma, że ja byłam ofiarą w tej sytuacji, chociaż wtedy myślałam o sobie, że ze mną jest coś mocno nie tak. Czując więcej, przeglądając się w oczach rodziców widziałam ten brak akceptacji, na mnie taką, jaka jestem. System rodzinny, w którym się wychowałam był dość złożony a ja z moją wrażliwością, z głębią odczuwania, ekspresją uczuć, krzycząc, bo tylko wtedy byłam słyszana idealnie wpasowałam się do miana „czarnej owcy” rodziny.

Wspominam o tej historii, bo chcę nadmienić, że proces powrotu do siebie, nie trwa 3 miesiące, jest to proces wieloletni a głębsze pokłady wrażliwości ujawniają się wraz z naszą pracą, spotykaniem się ze sobą, dążeniem do przodu, niepoddawaniem się i akceptacją na wszystko, co się pojawia. Ten wewnętrzny głos prowadzenia jest w nas i każdy jest w stanie go usłyszeć o ile nie jest zagłuszany przez traumy i gdy się na niego otworzymy w uważności. Zawsze możemy zajrzeć w siebie głębiej, zawsze możemy spotkać się ze sobą bardziej a my, wysoce wrażliwi, którzy musieli ukryć tę wrażliwość głęboko na dnie mamy ogrom do odkrywania.

Całuję,

Joanna Skalska

Od dziecka jesteśmy programowani na wiedzę, logiczne myślenie, analizę. Jak byłam mała, często słyszałam: „myśl o tym, co mówisz”, „zastanów się, zanim coś powiesz” jak wypowiadałam jakieś moje opinie, prawdy na temat otaczającego mnie świata, które były niewygodne dla dorosłych. Bez filtrów, których na tamten moment jeszcze nie znałam. Oni byli nauczeni je ignorować, pomijać, żeby np. nikogo nie urazić, być zawsze miłym i uśmiechniętym, nie narażać się nikomu swoją opinią.

A dzieci? Dzieci, jakie są? Prawdziwe!

Mówią to, co myślą bez filtrów nałożonych przez świat patriarchalny. Wypowiadają słowa prosto z serca, które nie są filtrowane. Dziecko jak widzi pięknego motyla, to się zachwyci całym swoim ciałem, a jak widzi coś brzydkiego nazwie to wprost, a nie opowie wymijająco, delikatnie, bez nazywania stanu rzeczy albo pominie wypowiedź. Dziecko mówi z serca. Prosto i wyraźnie.

Do około 5, 6 roku życia dzieci działają na innych falach mózgowych, gdzie nie jest jeszcze wykształcony umysł analityczny, logiczny, wtedy też przyswajamy przekonania otaczających nas osób. Umysł analityczny kształtuję się do około 12, 13 roku życia. W tym czasie, często też kierowane są do nas słowa: nie rób tak, nie myśl tak, takie myślenie jest dobre a takie nie, jak możesz tego jeszcze nie wiedzieć? Moje dzieciństwo było usłane z tego typu wypowiedzi, czy to w szkole, czy w domu, a Twoje? Uczymy się nie usłuchać tego głosu serca, intuicji, który jest w środku, bo uznanie przychodziło wtedy, gdy wypowiedzi były przefiltrowane. W szkole też najważniejsze jest myślenie odtwórcze, im więcej się uczysz, im więcej wiesz, tym lepsze dostaniesz oceny. W mojej tak było, jedyny przedmiot, gdzie mogła zaszaleć wyobraźnia to była plastyka, ale to też do pewnego momentu, ponieważ w późniejszych klasach weszła wiedza na temat malarzy, dzieł itd.

Wszystko sprowadza się do umysłu, więc gdy w procesie odnajdywania siebie mamy zacząć znowu słuchać swojego serca to umysł to neguje. Umysł jest nastawiony na ochronę, chroni przed tym, co nie jest znane. On nie wie, że tylko słuchając głosu swojego serca, działając w zgodzie ze sobą, możemy być szczęśliwi. Umysł myśli, że jak zdobędę super auto, pojadę na mega wakacje, kupię nieziemską sukienkę ,to wtedy będę szczęśliwa. Pojawia się szczęście na jakiś czas, ale za tym też pojawiają się kolejne rzeczy do spełniania, bo szczęście jest warunkowe i czasowe. Gdy działam w zgodzie z sercem, z głębi serca, czy to jest spacer po bułki, czy sprzątanie, czy wyjazd na wakacje to czuję zadowolenie cały czas.

Ale jak zacząć słuchać intuicji, serca, głosu mojej duszy?

Jest to proces, gdzie uczymy umysł, że jest bezpieczny, że nie grozi nam niebezpieczeństwo, porażka, gdy działamy w zgodzie z tym wewnętrznym głosem. Jak to wygląda u mnie w praktyce? Szkic do tego tekstu napisałam w tamtym tygodniu, miałam zamiar, żeby wypuścić go jak najszybciej. Po napisaniu przyszedł impuls, żeby pójść na spacer. Tak też zrobiłam. Wróciłam do domu, zabrałam się za obiad i dni mijały. Dzisiaj rano zaczęłam oglądać świetne nagranie, gdzie słuchałam o umyśle i przypominały mi się wypisane wcześniej zagadnienia. Poszukałam je, wzięłam się za pisanie i słowa same się układają. Akapit za akapitem. Z pozycji umysłu jest to nielogiczne, bo skoro stworzyłam szkic, powinnam od razu usiąść i napisać wersję, z którą mogę wyjść, a nie zajmować się innymi sprawami, np. pójść na grzyby i później je czyścić przez 2 dni. Swoją drogą spotkała nas taka obfitość, że mieliśmy całą wannę grzybów, które teraz powolutku suszę 😊 Wiem też, że jeśli usiądziesz i wykonasz sugestię, które Ci tutaj proponuje to będzie się to wiązało z poszerzeniem punktu widzenia. Tak samo, gdy ja robiłam taką pracę prowadzoną w podobnym procesie.

Tak jak wspominałam wcześniej, umysł nas chroni przed tym, co nie jest znane, co uznaje, że jest niebezpieczne. Kiedyś pod nagonkami otoczenia podświadomość uznała, że właśnie słuchanie serca nie jest dla nas dobre, dlatego została wyeliminowana. Kontaktując się z tym lękiem przed słuchaniem intuicji, pojawiają się różne scenariusze. U mnie np. było to, że bałam się, że ktoś mi zarzuci, że działam nielogicznie. Wystarczy, że usiądziesz z kartką papieru i zadasz sobie pytanie, co to za lęk? Przed czym się boję? Mogą wypłynąć przekonania, o których nawet nie wiedziałaś, że masz albo nie zdawałaś sobie sprawy z tego, że są powiązane z tym tematem.

Skoro w sercu mamy prawdę, autentyczność, intuicję to warto też zadać sobie sprawę, czym jest dla Ciebie prawda? Z czym Ci się kojarzy? Jakie usłyszałaś zdania na ten temat, w jakie przekonania uwierzyłaś. Ja często słyszałam, że prawda w oczy kole, ale też, że prawda prowadzi do uwolnienia. Zauważ, jaka jest to sprzeczna informacja, która we mnie była. Z jednej strony bałam się poznać prawdę, a jednak podświadomie w cierpieniach (bo w oczy kole) dążyłam do uwolnienia. Czyli sama sobie torowałam drogę cierpienia do prawdy, a co jeśli w dzieciństwie rodzice zapoznaliby mnie z przekonaniem, że prawda jest lekka, miła i przyjemna a podążanie w zgodzie z nią jest najprzyjemniejsze na świecie. Gdy przyjęłam to przekonanie za moje, dużo łatwiej było mi skontaktować się z moim sercem i zobaczyć to, co jest w środku. Nie stało to też się z dnia na dzień.

A co musi się wydarzyć, żeby zobaczyć i podążać za tą prawdą płynącą z serca? Trzeba nauczyć się ufać sobie. Tej wiedzy, uczuciom, które są w nas. Tak jak wspominałam, jesteśmy uczeni od dziecka logicznego myślenia w określony sposób, a często głos naszej duszy, nie jest logiczny w znanych nam ramach. Często mam ogromne efekty właśnie działając w sposób nielogiczny. Bo jak to wpływa na rozwijanie mojego bloga, że pójdę na grzyby? Ano tak, że zaufałam sobie, zrobiłam to, co bardzo chciałam, co zaowocowało ogromną obfitością i w grzybach i słowach. Logiczne? Nie bardzo 😊A jak jest u Ciebie? Jakie masz przekonania na temat zaufania?

Gdy pojawia się chęć zrobienia czegoś, ale w rolę wchodzi umysł i racjonalizuje, to wtedy czujemy taki wewnętrzny rozjazd. Przypomnij sobie, jak bardzo chciałaś coś zrobić, pojawiła się logika, że nie, że jeszcze nie czas, że jeszcze nie jestem gotowa, że jeszcze muszę się dużo dowiedzieć, to obejrzeć, to przeczytać i dopiero będę mogła zrobić to, co chcę zrobić, że jak nie wyjdzie, to będzie klęska i tyle spraw może pójść nie po myśli. Gdy już przeczytamy i obejrzymy to, co chcieliśmy pojawiają się kolejne rzeczy, które powinniśmy przyswoić. To uczucie, że nie czuję się jeszcze gotowa, może się nigdy nie skończyć choć serce krzyczy inaczej. Takie właśnie mam odczucia odnośnie do warsztatu, który chodzi mi po głowie od 2 tygodni, ale ciągle go odwlekam. Dzisiaj postanowiłam, że na pewno go zrobię po powrocie z wakacji, czyli pod koniec września. Wiem, że na dany moment będzie najlepszy, jaki może być i przyniesie transformacje mi i innym.

Każdy z nas przeszedł swoją indywidualną drogę, dzieciństwo i ma inny zestaw przekonań. Każdy z nas pomimo tego, że odczuwa te same uczucia, czuje je inaczej. Dlatego warto ufać sobie i temu, co się w nas pojawia. Nie jesteśmy w stanie, być szczęśliwym robiąc to samo co inni, co np. nasz autorytet o ile to nie wypływa z serca. Bo ten wewnętrzny kompas jest najważniejszy, to właśnie uczucia, które mamy mówią nam, czy jesteśmy zadowoleni i szczęśliwi robiąc coś, spotykając się z kimś. A czy czujemy się ciężko i pojawia się myśl: „o coś tu jest nie tak”. Słuchając siebie, mamy to wewnętrzne prowadzenie, gdy je tracimy, wchodzi umysł z analizą: „To jest nie tak, tamto nie tak, to może nie wyjść, a tamto nie ma sensu”. Od nas zależy czy posłuchamy tego głosu umysłu, czy też skierujemy uwagę do serca i będziemy działać mimo lęku i może na początku też niezrozumienia dla tego, co się dzieje. Tak jak wspominałam, to nie jest proces kilkugodzinny, uczymy się na nowo zaufania do siebie. Pokazujemy naszemu Wewnętrznemu Dziecku, że może nam ufać, że jego głos jest ważny. Zapraszam do zaczęcia praktyki od małych rzeczy, czy to będzie spontaniczna drzemka w ciągu dnia, czy też zakup ubrania w całkowicie innym stylu.

Jak zmieni się Twoje życie, gdy w pełni zaufasz sobie?

Całuję,

Joanna Skalska

           Zaczęłam procesować emocje, ponieważ moje życie było usiane z wybuchów złości, bądź gdy nie wybuchałam, bo „się kontrolowałam” to zachowywałam się pasywno agresywnie. Czasami byłam wręcz z siebie dumna, że umiałam powiedzieć komuś do wiwatu z uśmiechem na twarzy, bo w kocu nie krzyczałam, tak? Za tymi destrukcyjnymi zachowaniami kryła się niewysłuchana złość, domagająca się uwagi. Ochrona moich granic wiązała się z byciem niemiłą bądź krzykiem, tylko takie sposoby znałam z mojego domu rodzinnego. Byłam tak oddalona od moich emocji, że gdy zaczęłam się z nimi kontaktować i chciałam nazwać to, co czuje, pojawiała się złość, bo nie umiałam stwierdzić czy czuję smutek, złość, rozdrażnienie, odrzucenie… Emocjonalny huragan. To było jak podróż po księżycu. Dużo czasu i energii kosztowało mnie kontaktowanie się z emocjami, których się bałam i rozpoznawanie nowych rejonów, ale fakt jest jeden. OPŁACAŁO SIĘ!

Emocje to dla mnie przede wszystkimi informacje:

  • złość to znaczy, że jest czas na postawienie granic bądź działam wbrew sobie. Może to być nawet działanie nieświadome, np. w sytuacji, gdy zależy nam na kimś i chcemy spełnić oczekiwania drugiej osoby rezygnujemy z rzeczy, które są dla nas ważne, to może być bardzo subtelne i delikatne i czasami wystarczy tylko zakomunikować i zaproponować małą zmianę,
  • smutek, to znaczy, że straciłam coś, co było dla mnie ważne,
  • strach, że jestem w sytuacji zagrożenia, chociaż strach i lęk długo się ze sobą przeplatały w moim życiu,
  • zazdrość, pokazuje nasze marzenia, kiedyś przeze mnie znienawidzona a teraz kłaniam się jej nisko, bo pokazała mi drogę w życiu, którą chcę iść. Nie mówię tutaj o toksycznej zazdrości, bo taką też miałam i zintegrowałam ją już jakiś czas temu, mam na myśli zdrową zazdrość, która nawiguje i pcha do działania, gdy wsłuchałam się w to, co miała mi do powiedzenia i zaczęłam realizować pasję czuję jakbym obudziła się na nowo po długim letargu.

Żadna z naszych emocji nie jest nowa, emocje towarzyszą nam od początku naszego życia i jeśli jesteśmy od nich oddaleni to one domagają się wysłuchania, czasami w dość ekspresyjny sposób. Złość niewysłuchana wybucha, złość stłamszona skutkuje zachowaniami pasywno-agresywnymi. Niewysłuchany, nieutulony smutek prowadzi do stanów depresyjnych a traumy seksualne do ciągłego życia w strachu, poczuciu zagrożenia. Czy kiedyś czuliście, że z pozoru mała sytuacja spowodowała w Was straszny wybuch złości? Wtedy trudno kontrolować słowa i łatwo się rani innych, bo to właśnie te niewysłuchane emocje przejmują nad nami kontrole albo tak tłamsimy ten wybuch, że później pojawiają się ściski w sercu i jesteśmy bez sił, bo całą naszą energię użyliśmy do kontroli tej fali emocji, która się pojawiła.

Ciało jest nośnikiem emocji, ważne jest, żeby się wsłuchać w to, co ma do powiedzenia i podczas procesowania mogą pojawić się nowe odczucia, łatwo jest się tego wystraszyć, ale dajmy sobie przestrzeń na nowe stany, doznania i postarajmy się do nich podchodzić z ciekawością, bez oceniania. To jest bardzo ważne, żebyśmy nie reagowali strachem. W sytuacji, gdy np. procesujemy strach i czujemy ścisk w gardle, czasem może nawet paraliż, zamrożenie to nie pospieszając tego stanu, dajmy temu przestrzeń. To na początku będzie nowe, nieznane, ale wraz z praktyką poznamy swoje ciało i procesy staną się przyjemniejsze, a nie straszne jak to może być na początku. Każdy z nas jest inny i może daną emocję czuć w innej części ciała, to jest naturalne, bo każdy z nas miał inną przeszłość.

Emocje dzielimy na takie, które trzeba wyrzucić, wywalić, wykrzyczeć- np. złość- bądź zintegrować, poczuć i dać tej emocji miejsce w naszym ciele- np. smutek. Tak jak wspominałam wcześniej za emocjami kryją się informacje, bo zintegrowana złość daje przestrzeń do kreacji, a zintegrowana zazdrość pokazuje marzenia. Każdy z nas nosi w sobie emocje, co nie oznacza, że my jesteśmy emocją, bo jeśli ja jestem zdenerwowana, smutna to nie znaczy, że jestem złym człowiekiem bądź smutkiem, ja go odczuwam a nim nie jestem. To są nasze odczucia, a nie nasza tożsamość. Każdy z nas w środku jest dobry tylko często działamy z pozycji niewysłuchanych emocji i zranionego dziecka. Starając się zepchnąć te „złe” emocje na drugi plan to te „dobre” emocje też tam spychamy, nie da się czuć miłości, wdzięczności, radości przy odrzuconym smutku, złości, poczuciu odrzucenia. W naszym ciele jest miejsce na wszystkie emocje i są one potrzebne do prawidłowego funkcjonowania.

Podchodźmy do wszystkiego, co się w nas dzieje z zainteresowaniem, ciekawością, bez oceniania, bez strachu. Nie jesteśmy w stanie naszych emocji przeprocesować umysłem, nasz umysł jest bardzo mądry, ale emocje są osadzone w ciele. Nasz umysł może przyjąć nowe informacje bardzo szybko, w jednej sekundzie czegoś nie umiemy a w kolejnej już tak, ale nasze ciało potrzebuje więcej czasu do przystosowania się do nowego języka, nowej rzeczywistości, którą sami świadomie kreujemy.

A co jeśli pozwolę tym emocją wyjść? Czy wtedy nie zaleję całego świata złością i nie padnę od depresji? Takie pytanie pojawiało się na mojej drodze, gdy zaczęłam się interesować pracą z emocjami. Jak widzicie ciągle tu jestem i do Was piszę, czyli przeżyłam 😊 Miałam sporo momentów, gdy ból, smutek, strach, poczucie odrzucenia, poczucie gorszości, straszne wyrzuty sumienia rozsadzały moje serce, dałam sobie na przeżywanie emocji dużo czasu, tyle ile potrzebowało moje ciało. Dla przykładu ok. 2 miesiące płakałam praktycznie codziennie, aż zaczęłam myśleć, czy na pewno idę w dobrą stronę, teraz już wiem, że tak i że ja potrzebowałam wypłakać ten ból, cierpienie, które było w moim sercu. Nie wyrażałam swoich emocji od maluszka więc potrzebowałam sporo czasu, żeby zaadaptować się do nowej rzeczywistości, w której wybrałam żyć. Rzeczywistości, w której nie jestem niewolnikiem emocji a one są moim sprzymierzeńcem.

Etapy procesowania emocji.

  1. Znaleźć ciche, ustronne miejsce, gdzie będziemy mieli przestrzeń tylko dla siebie i tak długo, jak potrzebujemy.
  2. Czujemy emocje. Przyglądamy się jej i pozwalamy zaistnieć w naszym ciele. Możemy wyobrazić sobie strużkę światła, która przechodzi przez nasze ciało, od góry do dołu, tyle razy ile potrzebujemy. Gdy poczujemy jakąś zmianę, uczucie, nie boimy się tego, zauważmy, że jest, a jeśli nie czujemy zmiany w ciele to też jest okay.
  3. Może pojawić się bariera- dajemy jej przestrzeń. Umysł może też zacząć uciekać w myśli i wtedy z intencją, świadomie je oddalamy, zaważamy, że są, ale nie zatrzymujemy się. Na przykład: myśl- muszę jeszcze zrobić obiad- widzę ją, akceptuje, ale nie idę dalej, czyli nie zatrzymuje się na tym konkretnym obiedzie i nie zastanawiam się co ugotuję i jak. Możemy potraktować je jak reklamy w telewizji, są, mijają i pojawiają się kolejne do momentu wyciszenia.
  4. Kierujemy oddech w miejsce, w którym czujemy ucisk bądź ból. Wyobrażamy sobie, jakby ta emocja była w balonie i staramy się naszym oddechem napompować ten balon, jak balon osiągnie największą objętość to pęknie. Emocja w ciele zintegrowana i możemy poczuć zmęczenie bądź lekkość.

Nasze ciało jest mądre i nie pozwoli nam przyjąć więcej niż jesteśmy w stanie na dany moment przeprocesować więc zaufajmy mu i pozwólmy sobie na doświadczanie. Pamiętajmy, żeby podchodzić to tego z ciekawością, zrozumieniem, zainteresowaniem, co takiego się kryję pod tą emocją, co ona chce mi powiedzieć. Odsuńmy umysł na chwilę i dajmy przestrzeń na kontakt z naszą podświadomością, która jest kluczem do naszego ciała a ciało kompasem dla emocji. Procesujcie emocje tak często, jak czujecie to za stosowne, nie zmuszajcie się do tego, bo wyznacznikiem jest ciało i to ono dyktuje czas. Nie bójcie się zapytać o pomoc, na początku praktyka może wydawać się dość trudna, ale u boku wspierającej osoby możemy bardzo szybko nauczyć się tego procesu. Każde nasze spotkanie ze sobą, z emocjami pozwoli nam rozbudzić to piękne światło, które jest w każdym z nas. Jeśli macie jakieś pytania, zapraszam do kontaktu.


W poniższym nagraniu opowiadam o ecmojach i ich procewaniu. Zachęcam po obejrzenia:

Całuję Was mocno,

Joanna Skalska