Każdy z nas potrzebuje szczęścia, miłości, radości, pieniędzy, akceptacji, bezpieczeństwa.

Czasami idealizujemy rzeczywistość, patrzymy na przeszłość przez różowe okulary i marzymy o cudach, które mogą nam się przytrafić, ale jednak nigdy się nie zdarzają.

Albo patrzymy na przeszłość, jaka była straszna, teraźniejszość do dupy a w przyszłości nie szykują się żadne zmiany.

Łatwo jest usiąść przed książką czy telewizorem i dać się ponieść opowiadanym historią, pięknym widokom, które nie spotykają nas. Wzrasta frustracja, że tak bardzo się staram, a nie mogę zmienić mojego życia, że w poniedziałek znów idę do tej pracy, która może nawet i trochę lubię, ale wiele rzeczy w niej mi nie odpowiada. Idę, patrzę, doświadczam a strach przed zmianami jest tak duży, że decyduję się pozostać w mojej strefie komfortu.

Och jak bardzo to było mi znajome, a Tobie?

Chciałam doświadczać radości, a nawet gdy była piękna chwila nie umiałam się nią cieszyć. Ciągle brzmiało, zaraz się to skończy, nie zasługujesz, strach przed doświadczeniem tego piękna, że będzie ból jak ta chwila się ulotni.

Wybrałam drogę prosto do traum.

Zdecydowałam się na otwarcie tych pozornie zasklepionych ran, które ciągle sączyły bólem i cierpieniem. Udałam się do środka cyklonu i czułam jak moja kontrola życia, była tylko iluzją. Nie miałam nad niczym kontroli a jedyne co doświadczałam to zawód, frustrację i pozorne uczucie, że panuje nad wszystkim.

W moim dzieciństwie doświadczyłam wiele, dlatego pierwsze kilka miesięcy mojego procesu były jak piekło. Dodatkowo czułam opór przed dopuszczeniem do siebie tych wszystkich emocji, bo tak bardzo się ich bałam, że ten proces się przedłużał, męczył, wkurwiał… Myślałam, że nigdy się nie skończy.

Proces z Wewnętrznym Dzieckiem jest świadomym zejściem do tych wszystkich bolesnych momentów, które doświadczyliśmy. Otwieramy ranę, oczyszczamy ją, wlewamy eliksir miłości, który zaczyna działać w całym naszym ciele. Jak ten eliksir pulsuje w naszych żyłach to automatycznie trafia do innych ran boleśnie o nich przypominając. A one krzyczą, zajrzyj tutaj, zobacz mnie, ja Ciebie też potrzebuję.

Ból, złość wydaje się być bez końca…

Ciało reaguje, mogą się pojawić dolegliwości psychosomatyczne, zwątpienie przychodzi coraz częściej. Czy aby na pewno to ta droga…?

Potem życie podsyła nam sytuacje a my potrafimy spojrzeć na nią inaczej, widzimy świat taki jaki jest i jest mniej bólu…

Te rany powoli się goją, jest więcej radości, pozwolenia na to, co się pojawia i nie ma już tych mocnych reakcji, jest lżej, milej, przyjaźniej, radośniej.

Uczymy się, że proces rozwoju osobistego nie ma końca, pojawiają się sytuacje a ja z nimi się spotykam w akceptacji.

A jak się pojawia opór i coś schrzanię to podchodzę do tego ze zrozumieniem, to doświadczenie było mi potrzebne, żeby wejść schodek wyżej na mojej drabinie świadomości.

Jestem, wstawiam się i wiem, że nigdy nie będę idealna, a jednocześnie wiem, że ta chwila jest dla mnie idealna, żebym mogła doświadczyć tu i teraz. Wiem, że za sytuacjami, które mnie poruszają płynie nauka, mogę odrobić lekcje albo ją zignorować.

Wybór należy do mnie.

Wiem, że z osoby, która siebie nienawidziła, nie znała jestem teraz w przestrzeni miłości do siebie, świata i innych.

Było warto wypłakać każda jedną łzę, przejść przez ten proces i świadomie zdecydowałabym się na to samo.

Jeśli Ty jesteś w procesie, pamiętaj, że nie jesteś sama, jest wiele osób, które przechodzi albo przechodziło przez podobną drogę do Twojej.

Nie jesteś sama❤

Pozdrawiam,

Joanna Skalska.