Każdy z nas potrzebuje szczęścia, miłości, radości, pieniędzy, akceptacji, bezpieczeństwa.

Czasami idealizujemy rzeczywistość, patrzymy na przeszłość przez różowe okulary i marzymy o cudach, które mogą nam się przytrafić, ale jednak nigdy się nie zdarzają.

Albo patrzymy na przeszłość, jaka była straszna, teraźniejszość do dupy a w przyszłości nie szykują się żadne zmiany.

Łatwo jest usiąść przed książką czy telewizorem i dać się ponieść opowiadanym historią, pięknym widokom, które nie spotykają nas. Wzrasta frustracja, że tak bardzo się staram, a nie mogę zmienić mojego życia, że w poniedziałek znów idę do tej pracy, która może nawet i trochę lubię, ale wiele rzeczy w niej mi nie odpowiada. Idę, patrzę, doświadczam a strach przed zmianami jest tak duży, że decyduję się pozostać w mojej strefie komfortu.

Och jak bardzo to było mi znajome, a Tobie?

Chciałam doświadczać radości, a nawet gdy była piękna chwila nie umiałam się nią cieszyć. Ciągle brzmiało, zaraz się to skończy, nie zasługujesz, strach przed doświadczeniem tego piękna, że będzie ból jak ta chwila się ulotni.

Wybrałam drogę prosto do traum.

Zdecydowałam się na otwarcie tych pozornie zasklepionych ran, które ciągle sączyły bólem i cierpieniem. Udałam się do środka cyklonu i czułam jak moja kontrola życia, była tylko iluzją. Nie miałam nad niczym kontroli a jedyne co doświadczałam to zawód, frustrację i pozorne uczucie, że panuje nad wszystkim.

W moim dzieciństwie doświadczyłam wiele, dlatego pierwsze kilka miesięcy mojego procesu były jak piekło. Dodatkowo czułam opór przed dopuszczeniem do siebie tych wszystkich emocji, bo tak bardzo się ich bałam, że ten proces się przedłużał, męczył, wkurwiał… Myślałam, że nigdy się nie skończy.

Proces z Wewnętrznym Dzieckiem jest świadomym zejściem do tych wszystkich bolesnych momentów, które doświadczyliśmy. Otwieramy ranę, oczyszczamy ją, wlewamy eliksir miłości, który zaczyna działać w całym naszym ciele. Jak ten eliksir pulsuje w naszych żyłach to automatycznie trafia do innych ran boleśnie o nich przypominając. A one krzyczą, zajrzyj tutaj, zobacz mnie, ja Ciebie też potrzebuję.

Ból, złość wydaje się być bez końca…

Ciało reaguje, mogą się pojawić dolegliwości psychosomatyczne, zwątpienie przychodzi coraz częściej. Czy aby na pewno to ta droga…?

Potem życie podsyła nam sytuacje a my potrafimy spojrzeć na nią inaczej, widzimy świat taki jaki jest i jest mniej bólu…

Te rany powoli się goją, jest więcej radości, pozwolenia na to, co się pojawia i nie ma już tych mocnych reakcji, jest lżej, milej, przyjaźniej, radośniej.

Uczymy się, że proces rozwoju osobistego nie ma końca, pojawiają się sytuacje a ja z nimi się spotykam w akceptacji.

A jak się pojawia opór i coś schrzanię to podchodzę do tego ze zrozumieniem, to doświadczenie było mi potrzebne, żeby wejść schodek wyżej na mojej drabinie świadomości.

Jestem, wstawiam się i wiem, że nigdy nie będę idealna, a jednocześnie wiem, że ta chwila jest dla mnie idealna, żebym mogła doświadczyć tu i teraz. Wiem, że za sytuacjami, które mnie poruszają płynie nauka, mogę odrobić lekcje albo ją zignorować.

Wybór należy do mnie.

Wiem, że z osoby, która siebie nienawidziła, nie znała jestem teraz w przestrzeni miłości do siebie, świata i innych.

Było warto wypłakać każda jedną łzę, przejść przez ten proces i świadomie zdecydowałabym się na to samo.

Jeśli Ty jesteś w procesie, pamiętaj, że nie jesteś sama, jest wiele osób, które przechodzi albo przechodziło przez podobną drogę do Twojej.

Nie jesteś sama❤

Pozdrawiam,

Joanna Skalska.

Podczas mojej terapii wiele razy zadawałam sobie to pytanie po cichu, kilka razy na sesji. Najpierw bardzo nieśmiało, później już coraz głośniej.

W spotkaniach z Klientami słyszę to samo:
-nie chcę, żebyś źle o mnie pomyślała, ale…
-coś ze mną jest nie tak…
-boję się, że ja mam jakąś chorobę psychiczną i nic mi nie pomoże…
-wiesz, normalna osoba pewnie zareagowałaby inaczej…

Jak zaczynamy rozpoznawać schematy plus zaczynamy coś z nimi robić, to nagle przestajemy pasować do różnorakich „ról”, które na sobie nosiliśmy. Żyliśmy dopasowani do innych, do otaczającej nas rzeczywistości a nagle myślimy inaczej. Inaczej niż wszyscy, widzimy programy, schematy, przekonania. Może jest kilka osób w Internecie, które mają podobne przemyślenia, ale nikogo wokół nas. Czujemy się wyalienowani, nierozumiani.

Jak zaczynamy się kontaktować z emocjami po 20, 30, 40, 50 latach życia w wyparciu, to czujemy ich natłok i przytłoczenie. Nagle pojawia się silna złość, która była w wyparciu i mamy ochotę rozwalić pół mieszkania, smutek zalewa, że nie można ogarnąć łez, poczucie odrzucenia wierci dziurę w sercu, strach spłyca oddech. Naprzemiennie.

Jest wir uczuć, są nowe wglądy, umysł podważa działania i nowe przemyślenia. Boi się i za wszelką cenę chce wrócić do starego, przytulnego miejsca komfortu, gdzie wszystko było znajome. Bo to, co jest nowe jest dla niego niebezpieczne, chce nas chronić za wszelką cenę i podsyła straszne scenariusze obwiniając nas o wszystko.

BO NIE BOLI PRAWDA A ODPADANIE ILUZJI.

Tej iluzji, w której żyliśmy wiele lat.

Wiec co ja teraz mogę zrobić?

Spotkać się z tym strachem, który stoi tuż za rogiem.
Zaprosić go i spojrzeć mu prosto w oczy.
Pozwolić mu przepłynąć przez ciało.
Podziękować, że powstał, bo pojawił się kiedyś i z nami został, żeby nam służyć, żeby nas chronić.
Pozwolić mu odejść w akceptacji i zintegrować kolejną część nas, która była w wyparciu.
Umysł działa z przestrzeni lęku a serce z przestrzeni miłości, więc wypełnij tą uwolnioną przestrzeń miłością do siebie przytulając swoje Wewnętrzne Dziecko. Z czasem umysł przyzwyczai się do nowej rzeczywistości i nie będzie działał z przestrzeni ran, traum a zacznie ufać sercu, które jest pełne miłości. Które jest miłością tak samo, jak i my.

Całuję,

Joanna Skalska

Dzisiaj mam poranek refleksji.

Po emigracji z Polski moja zbroja pewnej siebie, silnej Asi rozpadła się, towarzyszył mi ciągły strach…
Mieszkałam w Londynie więc dodatkowo byłam przytłoczona dynamiką miasta…
Bałam się odezwać do obcej osoby, nigdy nie wiedziałam jakim akcentem, słownictwem mnie zaskoczy…
Bałam się krzyczących, przepychających się nastolatków…
Bałam się zatłoczonych miejsc…
Bałam się przechodzić przejściem podziemnym przez ulicę, bez ciągłego oglądania się za siebie, gdzie za nim znajdował się najbliższy supermarket…
Bałam się za każdym razem, gdy jakiś mężczyzna na mnie dłużej spojrzał…
Zaniedbałam mój wygląd zewnętrzny…
Bałam się jak miałam drzwi uchylone na ogródek, że zaraz ktoś wejdzie i coś mi zrobi…
Bałam się otworzyć drzwi, gdy zadzwonił dzwonek…
Moją pierwszą pracą w Londynie była praca w polskiej firmie w administracji, gdzie za wszystko co źle zrobili w fabryce obarczali mnie winą, gdzie dziewczyna przy biurku obok podkładała mi świnie…
Następnie pracowałam dla silnie narcystycznej kobiety, która na początku była miła, chciała mnie poznać, dużo ze mną rozmawiała a później, jak już znała moje słabe punkty to je wykorzystywała przeciwko mnie…
W domu z partnerem ciągle się kłóciłam, ciągle mi coś nie pasowało…
Nie wiedziałam co chce, jak chce a jak pojawiały się jakieś marzenia to wewnętrzny krytyk szybko sprowadzał je do parteru…

Wystraszona, nic nie warta, gruba, głupia idiotka, która nic nie umie i nic nie potrafi.

Przywołując te wspomnienia, przywołałam też emocje.

Czułam się jak w klatce. Zobaczyłam siebie, jak wracałam na pieszo z pracy do domu. Cieszyłam się, że z niej wyszłam bo było ciężko. Nie chciałam iść do domu bo wiedziałam jaka mnie tam spotka atmosfera. Na dworze było zimno i padał deszcz. Stałam przed kawiarnią i bałam się do niej wejść, czułam się przytłoczona przez ludzi… nie miałam miejsca, w które mogłabym iść i czuć się bezpiecznie. Wróciłam teraz do siebie z tamtego czasu i dałam sobie to czego wtedy zabrakło… wsparcia i miłości.

Wracając do historii…


Ponad trzy lata temu rozmawiałam z koleżanką, która dała mi zadanie żeby wypisać 10 rzeczy, za które się kocham. To zadanie wywołało we mnie ogrom poczucia winy i potwierdzenie, że do niczego się nie nadaje i na nic nie zasługuję. Ta osoba była pierwszym światełkiem na mojej drodze. Poleciła mi filmiki na yt odnośnie relacji z Wewnętrznym Dzieckiem. Zobaczyłam nadzieję. Słuchałam, czytałam książki cały czas. Zaczęłam terapię. Myślę, że o tym jak się czułam podczas terapii napiszę oddzielny post bo był to ogromny roller coaster. Czym chce się dzisiaj podzielić to tym, że byłam przy sobie cały czas. Zrezygnowałam z pracy i skupiłam się na sobie. Wykorzystywałam oszczędności i korzystałam ze wsparcia mojego Partnera. Przeprowadziliśmy się z Londynu nad morze, które zawsze potrafi ukoić moje myśli i emocje. Rozmawiałam z moim Wewnętrznym Dzieckiem codziennie, często siebie nie rozumiałam i zdarzały mi się wpadki, wewnętrzny krytyk wygrywał. Towarzyszyły też wyrzuty sumienia, bo widziałam jak raniłam innych. To była bardzo wyboista droga i mimo ogromu wątpliwości szłam dalej. Czułam, że nie ma powrotu do tego co było wcześniej. Zapłaciłam za terapię, kursy, warsztaty, książki dużo pieniędzy ale wiem, że było warto. To była inwestycja we mnie. Wiem, że zrobiłabym tak samo dla ratowania zdrowia fizycznego.

W moim życiu zaczęło pojawiać się coraz więcej chwil w których, czułam się szczęśliwa. Zaczęłam widzieć opcje, które były tuż obok ale byłam na nie zamknięta. Relacje z bliskimi przeszły na całkowicie inny poziom. Zaczęłam rozumieć moją wrażliwość, która też pokazuję się coraz bardziej i bardziej. Znam swoje granice. Potrafię być w tu i teraz, zanurzyć się w chwili. Widzę otaczające mnie piękno i obfitość. Uwielbiam śmiać się spontanicznie, złościć z wnętrza brzucha i płakać do momentu ukojenia. Nie dążę już do „naprawienia” siebie, bo wiem, że wewnętrzny proces nie ma końca. Zawszę mogę zajrzeć w siebie głębiej, ode mnie zależy w jakich okolicznościach i z jakim podejściem to zrobię. Popełniam też błędy, nie uciekam od nich, biorę za nie odpowiedzialność i staram się, nie odwracać się w tych momentach od siebie.

W pewnym momencie zaczęłam szukać mojej drogi zawodowej. Wiedziałam, że kocham dzieci, zawsze okazywałam im ogrom miłości. Z tą myślą zaczęłam tworzyć przestrzeń, gdzie sprzedawałam dziecięce ubranka. Chyba nie muszę mówić, że przy tym też się nieźle namęczyłam… to uczucie ciężkości, gdy tylko myślałam o dokumentach… zaczęłam się poddawać…

Zobaczyłam w Internecie, że jedna z dziewczyn, która przeszła taką drogę co ja zaczęła pracować z innymi. Pojawiła się zazdrość, bo w końcu ja nie pozwalałam sobie nawet o tym myśleć! Zajrzałam w to bardzo głęboko. Otworzyłam się na głęboki proces, w którym zrozumiałam, że ta zazdrość pojawiła się, bo ja chce robić to samo! Podczas medytacji usłyszałam głos mojego serca.

Ja chce pracować z dziećmi! Z Wewnętrznymi Dziećmi!

Poświęciłam ogrom czasu, energii, pieniędzy na zdobywanie wiedzy, doświadczenia i właśnie tę wartość wykorzystuję w dalszym życiu. Rozwijam siebie w tym co kocham robić i tym też się dzielę z innymi. Przynosi mi to ogromną satysfakcję i radość. Cieszę się, gdy osoby w przestrzeni, którą tworzę mają głębokie procesy. Nigdy się tak nie czułam. Zawsze traktowałam pracę jako coś, co trzeba zrobić w przestrzeni od-do, i wrócić do domu, i dopiero wtedy, robić to co się chcę. Teraz wiem, że gdybym poszła gdzieś do pracy, nie miałabym sił na dzielenie się wiedzą, sesje z innymi. Dlatego połączyłam to co kocham robić z energią wymiany. Dlatego jestem tu i teraz i oferuję moje wsparcie innym.

W tym co robię jest moje serce i moja droga życia doprowadziła mnie do tego momentu.

Całuję,

Joanna Skalska

           Zaczęłam procesować emocje, ponieważ moje życie było usiane z wybuchów złości, bądź gdy nie wybuchałam, bo „się kontrolowałam” to zachowywałam się pasywno agresywnie. Czasami byłam wręcz z siebie dumna, że umiałam powiedzieć komuś do wiwatu z uśmiechem na twarzy, bo w kocu nie krzyczałam, tak? Za tymi destrukcyjnymi zachowaniami kryła się niewysłuchana złość, domagająca się uwagi. Ochrona moich granic wiązała się z byciem niemiłą bądź krzykiem, tylko takie sposoby znałam z mojego domu rodzinnego. Byłam tak oddalona od moich emocji, że gdy zaczęłam się z nimi kontaktować i chciałam nazwać to, co czuje, pojawiała się złość, bo nie umiałam stwierdzić czy czuję smutek, złość, rozdrażnienie, odrzucenie… Emocjonalny huragan. To było jak podróż po księżycu. Dużo czasu i energii kosztowało mnie kontaktowanie się z emocjami, których się bałam i rozpoznawanie nowych rejonów, ale fakt jest jeden. OPŁACAŁO SIĘ!

Emocje to dla mnie przede wszystkimi informacje:

  • złość to znaczy, że jest czas na postawienie granic bądź działam wbrew sobie. Może to być nawet działanie nieświadome, np. w sytuacji, gdy zależy nam na kimś i chcemy spełnić oczekiwania drugiej osoby rezygnujemy z rzeczy, które są dla nas ważne, to może być bardzo subtelne i delikatne i czasami wystarczy tylko zakomunikować i zaproponować małą zmianę,
  • smutek, to znaczy, że straciłam coś, co było dla mnie ważne,
  • strach, że jestem w sytuacji zagrożenia, chociaż strach i lęk długo się ze sobą przeplatały w moim życiu,
  • zazdrość, pokazuje nasze marzenia, kiedyś przeze mnie znienawidzona a teraz kłaniam się jej nisko, bo pokazała mi drogę w życiu, którą chcę iść. Nie mówię tutaj o toksycznej zazdrości, bo taką też miałam i zintegrowałam ją już jakiś czas temu, mam na myśli zdrową zazdrość, która nawiguje i pcha do działania, gdy wsłuchałam się w to, co miała mi do powiedzenia i zaczęłam realizować pasję czuję jakbym obudziła się na nowo po długim letargu.

Żadna z naszych emocji nie jest nowa, emocje towarzyszą nam od początku naszego życia i jeśli jesteśmy od nich oddaleni to one domagają się wysłuchania, czasami w dość ekspresyjny sposób. Złość niewysłuchana wybucha, złość stłamszona skutkuje zachowaniami pasywno-agresywnymi. Niewysłuchany, nieutulony smutek prowadzi do stanów depresyjnych a traumy seksualne do ciągłego życia w strachu, poczuciu zagrożenia. Czy kiedyś czuliście, że z pozoru mała sytuacja spowodowała w Was straszny wybuch złości? Wtedy trudno kontrolować słowa i łatwo się rani innych, bo to właśnie te niewysłuchane emocje przejmują nad nami kontrole albo tak tłamsimy ten wybuch, że później pojawiają się ściski w sercu i jesteśmy bez sił, bo całą naszą energię użyliśmy do kontroli tej fali emocji, która się pojawiła.

Ciało jest nośnikiem emocji, ważne jest, żeby się wsłuchać w to, co ma do powiedzenia i podczas procesowania mogą pojawić się nowe odczucia, łatwo jest się tego wystraszyć, ale dajmy sobie przestrzeń na nowe stany, doznania i postarajmy się do nich podchodzić z ciekawością, bez oceniania. To jest bardzo ważne, żebyśmy nie reagowali strachem. W sytuacji, gdy np. procesujemy strach i czujemy ścisk w gardle, czasem może nawet paraliż, zamrożenie to nie pospieszając tego stanu, dajmy temu przestrzeń. To na początku będzie nowe, nieznane, ale wraz z praktyką poznamy swoje ciało i procesy staną się przyjemniejsze, a nie straszne jak to może być na początku. Każdy z nas jest inny i może daną emocję czuć w innej części ciała, to jest naturalne, bo każdy z nas miał inną przeszłość.

Emocje dzielimy na takie, które trzeba wyrzucić, wywalić, wykrzyczeć- np. złość- bądź zintegrować, poczuć i dać tej emocji miejsce w naszym ciele- np. smutek. Tak jak wspominałam wcześniej za emocjami kryją się informacje, bo zintegrowana złość daje przestrzeń do kreacji, a zintegrowana zazdrość pokazuje marzenia. Każdy z nas nosi w sobie emocje, co nie oznacza, że my jesteśmy emocją, bo jeśli ja jestem zdenerwowana, smutna to nie znaczy, że jestem złym człowiekiem bądź smutkiem, ja go odczuwam a nim nie jestem. To są nasze odczucia, a nie nasza tożsamość. Każdy z nas w środku jest dobry tylko często działamy z pozycji niewysłuchanych emocji i zranionego dziecka. Starając się zepchnąć te „złe” emocje na drugi plan to te „dobre” emocje też tam spychamy, nie da się czuć miłości, wdzięczności, radości przy odrzuconym smutku, złości, poczuciu odrzucenia. W naszym ciele jest miejsce na wszystkie emocje i są one potrzebne do prawidłowego funkcjonowania.

Podchodźmy do wszystkiego, co się w nas dzieje z zainteresowaniem, ciekawością, bez oceniania, bez strachu. Nie jesteśmy w stanie naszych emocji przeprocesować umysłem, nasz umysł jest bardzo mądry, ale emocje są osadzone w ciele. Nasz umysł może przyjąć nowe informacje bardzo szybko, w jednej sekundzie czegoś nie umiemy a w kolejnej już tak, ale nasze ciało potrzebuje więcej czasu do przystosowania się do nowego języka, nowej rzeczywistości, którą sami świadomie kreujemy.

A co jeśli pozwolę tym emocją wyjść? Czy wtedy nie zaleję całego świata złością i nie padnę od depresji? Takie pytanie pojawiało się na mojej drodze, gdy zaczęłam się interesować pracą z emocjami. Jak widzicie ciągle tu jestem i do Was piszę, czyli przeżyłam 😊 Miałam sporo momentów, gdy ból, smutek, strach, poczucie odrzucenia, poczucie gorszości, straszne wyrzuty sumienia rozsadzały moje serce, dałam sobie na przeżywanie emocji dużo czasu, tyle ile potrzebowało moje ciało. Dla przykładu ok. 2 miesiące płakałam praktycznie codziennie, aż zaczęłam myśleć, czy na pewno idę w dobrą stronę, teraz już wiem, że tak i że ja potrzebowałam wypłakać ten ból, cierpienie, które było w moim sercu. Nie wyrażałam swoich emocji od maluszka więc potrzebowałam sporo czasu, żeby zaadaptować się do nowej rzeczywistości, w której wybrałam żyć. Rzeczywistości, w której nie jestem niewolnikiem emocji a one są moim sprzymierzeńcem.

Etapy procesowania emocji.

  1. Znaleźć ciche, ustronne miejsce, gdzie będziemy mieli przestrzeń tylko dla siebie i tak długo, jak potrzebujemy.
  2. Czujemy emocje. Przyglądamy się jej i pozwalamy zaistnieć w naszym ciele. Możemy wyobrazić sobie strużkę światła, która przechodzi przez nasze ciało, od góry do dołu, tyle razy ile potrzebujemy. Gdy poczujemy jakąś zmianę, uczucie, nie boimy się tego, zauważmy, że jest, a jeśli nie czujemy zmiany w ciele to też jest okay.
  3. Może pojawić się bariera- dajemy jej przestrzeń. Umysł może też zacząć uciekać w myśli i wtedy z intencją, świadomie je oddalamy, zaważamy, że są, ale nie zatrzymujemy się. Na przykład: myśl- muszę jeszcze zrobić obiad- widzę ją, akceptuje, ale nie idę dalej, czyli nie zatrzymuje się na tym konkretnym obiedzie i nie zastanawiam się co ugotuję i jak. Możemy potraktować je jak reklamy w telewizji, są, mijają i pojawiają się kolejne do momentu wyciszenia.
  4. Kierujemy oddech w miejsce, w którym czujemy ucisk bądź ból. Wyobrażamy sobie, jakby ta emocja była w balonie i staramy się naszym oddechem napompować ten balon, jak balon osiągnie największą objętość to pęknie. Emocja w ciele zintegrowana i możemy poczuć zmęczenie bądź lekkość.

Nasze ciało jest mądre i nie pozwoli nam przyjąć więcej niż jesteśmy w stanie na dany moment przeprocesować więc zaufajmy mu i pozwólmy sobie na doświadczanie. Pamiętajmy, żeby podchodzić to tego z ciekawością, zrozumieniem, zainteresowaniem, co takiego się kryję pod tą emocją, co ona chce mi powiedzieć. Odsuńmy umysł na chwilę i dajmy przestrzeń na kontakt z naszą podświadomością, która jest kluczem do naszego ciała a ciało kompasem dla emocji. Procesujcie emocje tak często, jak czujecie to za stosowne, nie zmuszajcie się do tego, bo wyznacznikiem jest ciało i to ono dyktuje czas. Nie bójcie się zapytać o pomoc, na początku praktyka może wydawać się dość trudna, ale u boku wspierającej osoby możemy bardzo szybko nauczyć się tego procesu. Każde nasze spotkanie ze sobą, z emocjami pozwoli nam rozbudzić to piękne światło, które jest w każdym z nas. Jeśli macie jakieś pytania, zapraszam do kontaktu.


W poniższym nagraniu opowiadam o ecmojach i ich procewaniu. Zachęcam po obejrzenia:

Całuję Was mocno,

Joanna Skalska

Widzę, jak moje wewnętrzne dziecko krzyczy do całego świata słowo: DOŚĆ!

Jak moja podświadomość krzyczy DOŚĆ w moim ciele, czuję jak budzi się coś nowego! Coś wielkiego, niezwykłego. W tym pięknym astrologicznie czasie gdzie po 7 latach Chiron wyszedł z Ryb i przeszedł do Barana, mojego znaku, znaku wspieranego przez Marsa, energii męskiej, energii działania-ja mam DOŚĆ niedziałania. Ja CZUJĘ jakby wszystkie znaki na ziemi i niebie pokazywały- Aśka zacznij działać, przecież jesteś gotowa! Ja CZUJĘ tę energię, ja CZUJĘ tę wielką moc, ja CZUJĘ te zmiany, ja CZUJĘ jak mocno ewoluuję, jak zmieniam siebie, jak CZUJĘ się gotowa, żeby wyjść w świat i pokazać prawdziwą mnie! Bo ja jestem wspaniała, bo ja jestem niewinna, bo ja jestem czysta! Ja urodziłam się czysta, tak jak każdy z nas, ale urodziłam się w świecie, gdzie, moje naturalne emocje nie były mile widziane, gdzie, gdy jako dziecko je pokazywałam, to spotykałam się z krytyką najbliższych i krzywymi spojrzeniami od obcych na ulicy. Nie było tam przestrzeni na bycie sobą, musiałam się dostosować do tych zasad, które panują w naszej kulturze, gdzie naturalność nie jest mile widziana, a zbyt duża ilość pytań jest męcząca. Ale czy ja mam iść w świat z tymi nagonkami, czując ten wzrok na sobie? O nie! Chodziłam upaprana w tym błocie przez tyle lat i wreszcie mówię, krzyczę DOŚĆ! DOŚĆ wstydzenia się, że jestem taka, jaka jestem, DOŚĆ wstrzymywania siebie, bo co powiedzą inni jak zobaczą, mnie prawdziwą, czym się interesuje i co robię w swoim życiu! DOŚĆ wstrzymywania się o mówieniu, że jestem szczęśliwa, bo moi bliscy nie są szczęśliwi, ukrywania tego i spychania w niewidzianą przestrzeń, żeby tylko ktoś tego nie zauważył! DOŚĆ blokowania siebie, ale przecież ta blokada jest we mnie! Przecież jeśli ktoś mnie kocha i szanuje, nie będzie mi zazdrościł mojego szczęścia, co oczywiście nie oznacza, że będę smutnej osobie krzyczeć o moim szczęściu w twarz, wszystko z przestrzeni poszanowania innych. Mam dość blokowania mojej kreacji, mówienia głośno o tym, co mam i czuję, bo czuję się lojalna wobec osób, które tego nie mają. To jest nasz świadomy wybór, mój pracy ze sobą, pracy z przekonaniami i cieszenia się efektami i innych i ich życiu w miejscu, gdzie znajdują się obecnie. Zaczyna się od decyzji- „Tak, teraz zaczynam działać”. Czy jest łatwo? Nie, nie jest. Czy jest o warto? O TAK!

Ja jestem miłością, ja jestem wsparciem, ja jestem szacunkiem, ja widzę w ludziach dobro, ja widzę w każdym z nas Światło! Wiele razy mój partner powtarzał mi, że ja myślę idealistycznie i ja widzę tylko pozytywy, a nie widzę tego zła na świecie, teraz to rozumiem. Jestem świadoma zła, które jest, ale jestem tutaj na tym świecie, żeby widzieć w ludziach dobro, żeby szerzyć dobro dookoła i przypominać o tym pięknym Świetle, które czasami może być niewidoczne i może się wydawać, że zgasło. Ono jest w nas od momentu narodzin, poczęcia do ostatniego tchu naszego życia.

Całuję,

Joanna Skalska