Zapraszam, żeby skierować uwagę do siebie, do ciała. Zatrzymać się na chwilę, wziąć kilka oddechów do przepony, w głąb brzucha i zapytać się siebie.

Jak dzisiaj czuje się moje ciało?
Ciało, bez którego nie byłoby mnie tutaj…

Zwróć uwagę na Twoje OCZY, czy patrzą z zaufaniem, czy może spoglądają groźnie? Czy czujesz napięcie wokół oczu, masz problemy z rozpłakaniem się, bóle z tyłu głowy?

W dzieciństwie przeglądamy się w oczach matki, gdy matka patrzy z miłością i możemy się w jej oczach „przejrzeć” uczymy się zaufania do życia. Ale, gdy jej oczy są nieobecne, bądź czasami wrogie rodzi się w nas uczucie lęku, niepewności, braku bezpieczeństwa.

Polecam patrzeć na siebie w lusterku, najczulej jak tylko potrafisz ze słowami miłości, o ile jest na to gotowość.

Zachęcam Cię teraz, żeby zwrócić uwagę na ŻUCHWĘ. Czy jest ona luźna, czy może zaciśnięta? Czy zgrzytasz zębami, bolą Cię zęby z niewiadomych przyczyn, obgryzasz paznokcie, ołówki, długopisy? Ja jak jestem zdenerwowana, to od razu czuję zaciśniętą szczękę.

Zaraz po urodzeniu, pierwszy objaw sięgania mamy poprzez usta, gdzie uczymy się ssać. Uczymy się wtedy gotowości na przyjmowanie. Zatrzymanie w taśmie oralnej jest związane też z „połykaniem” uczuć, np. złości, gdzie nie mogliśmy powiedzieć tego, co czuliśmy.

Moim ulubionym ćwiczeniem jest wyrzucanie języka z dźwiękiem, a gdy procesuję złość gryzienie ręcznika. Polecam 🙂

Przechodząc niżej, zwróć uwagę na KARK, czy chowasz głowę w ramiona w sytuacji przerażenia? Czy oddzielasz głowę od całego ciała, w strachu przed uczuciami? Czy może patrzysz na ciało, jakby nie było Twoje?

Chronimy kark w sytuacji strachu, gdy coś może nam się stać, jednocześnie też w uczuciu złości, że nam się to przytrafia. Emocje są zbyt duże i przytłaczające. Możemy patrzeć na nasze ciało w całkowitym odcięciu. Nosić uniesienia głowę jakby te emocje, uczucia mnie nie dotyczyły albo wycofujemy głowę, usztywniamy kark pokazując światu, że nie pozwolę się złamać.

Moją praktyką jest dotykanie czule głowy, mycie włosów z delikatnym masażem. Rewelacyjne jest też uziemienie głowy, gdzie jedną rękę trzymamy na czole a drugą u podstawy czaszki.

Czas teraz spojrzeć na klatkę piersiową i SERDUSZKO. Zobacz czy możesz oddychać swobodnie, czy czujesz czasami kołatanie serca, ciężar na plecach, bóle w klatce piersiowej?

Kiedy czujemy miłość w zaufaniu do tego, co się pojawia nasza klatka piersiowa jest miękka i elastyczna. Na podstawie doświadczeń zranień, gdzie poczuliśmy jakby ktoś nam „wbił nóż w plecy bądź serce”, klatkę piersiową albo obudowaliśmy, albo obkurczyliśmy.

Ja z moim partnerem praktykujemy powolne zbliżanie ręki do serca na taką odległość, jaką druga osoba ma przestrzeń. Jest to fajnie ćwiczenie, gdzie ćwiczymy swoje granice i zaufanie, ale tutaj jest bardzo ważne opłakanie ran i wyrażenie złości i od tego sugeruję zacząć.

Czy oddychasz na co dzień swoją PRZEPONĄ? Czy czujesz się swobodnie oddychając przez przeponę, czy może czujesz ucisk, skurcz, pięść w żołądku, zaciśnięcie?

Przepona jest mocno powiązana z szyją, barkami, podstawą czaszki. W doświadczeniach stresu, strachu przepona dostaje informacje, żeby się skurczyć i ochronić. W sytuacjach napięć nasze ciało reaguje też spłyceniem oddechu co ma bezpośredni wpływ na przeponę, w ten sposób ciało chroni nas przed zalaniem uczuć, które są zbyt przytłaczające.

Ja stosuję świadome oddychanie do przepony, pozwalając jej się wypełnić powietrzem. Kiedyś przy tej praktyce towarzyszył mi dyskomfort, ale wraz z obserwacją i ćwiczeniami z całym ciałem, ten ruch jest teraz swobodny i przyjemny.

Mój faworyt- MIEDNICA. Zapraszam Cię, żeby zobaczyć jak ułożona jest Twoja miednica, czy biodra skierowane są w przód a może tył. Czy masz częste bóle dolnych pleców, nabrzmiałe nogi, bolesne miesiączki, uczucie nóg z waty, hemoroidy?

Z miednicą powiązane są mocno nogi i stopy, które lubią ruchliwość a ilu z nas było zawijane w becik? Tutaj wyżną rolę odgrywa czas, kiedy rodzice nas pionizowali, uczyli siadać na nocniku, jak podchodzili do naszych kup. Ważnym czasem jest też etap genitalny i seksualny dla dziecka, gdzie często rodzice poprzez wypartą własną seksualność nie potrafią wesprzeć dziecko w tym ważnym okresie.

W moich ćwiczeniach najwięcej czasu spędzam nad ćwiczeniami mięśni okolic miednicy. Rozciągam mięśnie przywodzicieli, pracuję nad otwarciem stawu biodrowego, ćwiczę TRE i wypycham miednicę do przodu. Bardzo polecam.

Odczuwamy świat trzema częściami naszego ciała:
1) głową,
2) sercem,
3) miednicą.

Jest to bardzo ważne, żeby swobodna energia, emocje przepływały przez nasze całe ciało. Przy zablokowanej miednicy i sercu, gdzie pozostajemy w głowie mamy wizję świata przeskanowaną przez nasz umysł. A umysł działa z pozycji strachu, z pozycji traum, gdzie może być mało miejsca na miłość i zaufanie. Dlatego tak istotne jest zwrócenie się do ciała, uwolnienie traum i odczuwanie go, z tymi wszystkim, co nam niesie.

W miłości czasami zdarzają się sytuacje, gdzie kochamy romantycznie drugą osobę, ale robimy to albo z pozycji miednicy- gdzie jest seks, a nie podąża za tym serce i rozum, albo z pozycji głowy- gdzie jest miłość, ale nie ma seksu. Jest albo, albo. Dlatego zwracając sobie czucie w całym ciele, gdzie ciało jest rozluźnione i jest naturalny przepływ wtedy mamy dostęp do wszystkich części.

Podczas pracy z każdą taśmą z osobna wpływamy na całe nasze ciało, zwracając sobie czucie, oddajmy sobie przepływ, naturalność i pełne połączenie ze sobą.

Czasami mogą to być bardzo intensywne doznania, gdzie traumy się otwierają pojawiają się przejściowe objawy psychosomatyczne, dlatego warto zadbać o wsparcie. To jest bardzo indywidualne, ja tego wsparcia potrzebowałam.

Ponad rok temu, gdy intensywnie pracowałam nad traumą seksualną, budziło mnie trzęsienie w środku nocy. Gdy ja smacznie spałam, moje ciało uwalniało. Kilka nocy z rzędu wstawałam i stosowałam TRE, pomagałam swojemu ciału, wspierałam je. To jest proces, ciało dyktuje czas, TRE i ćwiczenia Lowenowskie stosuję już długo, stosunkowo od niedawna, kilka miesięcy temu, przyszła do mnie joga i dodatkowe rozciąganie.

Tak jak wspominałam, ciało dyktuje czas, a ja mam wybór czy wysłucham jego potrzeb i zacznę je spełniać. Czy wstawię się i znajdę chociaż 15 minut dziennie na ćwiczenia, czy znowu będę miała coś „ważniejszego” do zrobienia.

Mam nadzieję, że krótkie opisy zaproszą Cię do tego, żeby zwrócić uwagę na to, co się pojawia u Ciebie.

Pozdrawiam serdecznie ❤

Joanna Skalska

Zdjęcie: pinterest

Jestem złością,
Jestem nienawiścią,
Jestem zazdrością,
Jestem strachem,
Jestem frustracją,
Jestem melancholią,
Jestem niepokojem,
Jestem wstydem,
Jestem pogardą,
Jestem załamaniem,
Jestem rozczarowaniem,
Jestem nieufnością,
Jestem szałem,

Jestem miłością,
Jestem czułością,
Jestem spokojem,
Jestem rozbawieniem,
Jestem akceptacją,
Jestem kompetencją,
Jestem zaciekawieniem,
Jestem zachwytem,
Jestem bezpieczeństwem,
Jestem wielkodusznością,
Jestem empatią,
Jestem nadzieją,
Jestem radością,
Jestem namiętnością,
Jestem dumą,
Jestem przyjemnością,

Jestem czy nie jestem?
Jestem czy czuję?

A to, że tym nie jestem a czuję to znaczy, że kim jestem?

Jestem osobą, w której przestrzeni pojawiają się wszystkie emocje.
Mam wybór albo utożsamię się z emocjami, które się we mnie pojawiają albo stanę się narracją umysłu albo będę w akceptacji do tego co się pojawia ze świadomością, że tym nie jestem.

Większość moje życia myślałam, że jestem zła, niedobra, a czy to była prawda? Nie.
Czy jest prawdą, że jestem tylko dobra i wspaniała? Nie.

Odczuwam wszystkie emocje i te „dobre i niedobre” ale nie znaczy, że nimi jestem.

Traumy zasłaniają nam sposób patrzenia na rzeczywistość. W interpretacji do naszej historii utożsamiamy się z pewnymi częściami bardziej a z innymi mniej. Możemy się z nimi spotkać, przepuścić je przez ciało i pozwolić odpaść iluzji.

A co jakby mieć akceptację do wszystkiego?
Do każdej części mnie?
Tej miłej, przyjemniej, którą znajduje poklask u innych.
Ale też tej mrocznej, zabójczej, na którą społeczeństwo nie lubi patrzeć.

Jak jesteśmy w przestrzeni akceptacji dla siebie, mamy automatycznie więcej przestrzeni dla innych.

Ja po roku wróciłam do napisania listu do mamy i zaakceptowałam tą część z którą się utożsamiłam. Nawet nie wiedziałam, że ona tam ciągle jest… ale była i już wiem, że nią nie jestem😁

Ponad rok temu poszłam nad morze, zachęcona książką „Toksyczni Rodzice” Susan Forward spalić list. Nasz umysł uwielbia rytuały. Myślałam a co mi tam, spróbuje, pewnie mi nie zaszkodzi a co jeśli pomoże?

Dzisiaj wróciłam w to samo miejsce znając moc intencji i spaliłam z intencją oczyszczenia się z narracji umysłu, tych które uwierzyłam, że są częścią mnie i które przejęłam ze słów mamy.

Nad morzem.
Morze ma przestrzeń na wszystko, nie przywiązuje się do pogody ale robi się cieplejsze, gdy jest więcej słońca i zimniejsze w zimę. Czy ono nad tym ubolewa? Nie…
Po prostu jest.

Pozdrawiam serdecznie ❤

Siedzę właśnie w autobusie. Pojawiły się pewne komplikacje, nikt nic nie wiedział, nikt nic nie mówił. Wiele zawirowań i pasażerowie, którzy nie mają pojęcia czy dojadą do celu, zdenerwowanie, irytacja i narzekanie dookoła.

Zabrakło bardzo ważnej rzeczy, którą jest komunikacja.

Niektórzy z pasażerów byli zdenerwowani i odreagowywali na kierowcach, inni narzekali po cichu przez telefon, jeszcze inni komentowali głośno, szukali punktu zaczepienia i dawali upust swojej frustracji, gdzie tylko się dało i do osoby, która chciały tylko słuchać. Byli też tacy, którzy nie wiedzieli co robić i czy aby na pewno dobrze zrozumieli komunikat o przesiadce i podpytywali naokoło czy aby na pewno, ten autobus będzie dla nich, po tym jak zajęłam miejsce jeden z pasażerów martwił się o walizkę, czy na pewno ją przeniosą.

Każdego z nas dotyczyła ta sama sytuacja, a wiele osób zareagowało kompletnie inaczej. Odezwały się stare mechanizmy. Fakt, nikt nie chciał zostać sam na parkingi przy autostradzie bez punktu zaczepienia i możliwości zmiany środka komunikacji. Strach, zdenerwowanie, frustracja, niespełnione oczekiwania.

A co wystarczyło zrobić, żeby uspokoić o wiele tą sytuację? Zakomunikować, że kierowcy, ustalają z biurem różne możliwości i jak sytuacja się wyklaruje, dadzą nam znać. Co usłyszeliśmy? Przerwa i stoimy i tyle. Kierowcy mają doświadczenie w tego typu sytuacjach i znają możliwości rozwiązań, natomiast wielu z pasażerów nie ma takiej wiedzy, w tym ja:)

Tak samo jest w codziennym życiu. Czasami nam się wydaje, że druga osoba powinna wiedzieć co siedzi nam w głowie albo jakie są wg. nas możliwości wyjścia z konkretnej sytuacji a jest zupełnie inaczej. Ile ja miałam złości w sobie, że mój partner nie spełnia moich oczekiwań, które powinien się domyśleć, że je mam! To była ogromna projekcja.

Może być ciężko powiedzieć nawet samemu sobie, że nie wiem, że jest mi trudno podjąć decyzję bądź kolejne kroki, bo… bo odzywają się stare mechanizmy. Strach, poczucie winy, toksyczny wstyd, które blokują przed działaniem, szczerą komunikacją, słuchaniem wewnętrznego wołania.

Może być ciężko powiedzieć drugiej osobie, że po prostu jeszcze nie wiem, bo czuję strach przed osądem, odrzuceniem. Ten strach małego dziecka, które tego doświadczyło, gdy komunikowało swoje potrzeby i dostawało bury, gdy czegoś nie wiedziało. Kto z nas nie doświadczył zawstydzenia w szkole ze strony rówieśników albo nauczycieli za brak określonej wiedzy.

Właśnie w takich sytuacjach jak dzisiaj, pozornie drobnych ale jakże wymownych pokazują się te zranienia, które nosimy w sercu. Tyle różnych zachowań w tak małej grupie osób, gdzie spotkało nas to samo.

Od nas zależy, czy poszukam winy w innych, kierowcy, firmie przewozowej i będę mieć straszny dzień do samego końca, bo tak się uwieszę na tej sytuacji.

Czy może zobaczę co we mnie powoduje ta sytuacja, zachowania innych, jakie emocje się we mnie rodzą i która mała ja, tego już wcześniej doświadczyła, czego ona potrzebuje? Co ja dorosła teraz mogę zrobić a czego nie mogłam zrobić kiedyś. Jak mogę o siebie zadbać pozostając cały czas przy sobie w kontakcie ze swoimi emocjami?

Ja kilka lat temu w takiej sytuacji byłabym kłębkiem nerwów, wkurw nie z tej ziemi, dzisiaj obserwowałam siebie i innych. Mogłam to zrobić, dlatego że spotkałam się z moją złością, strachem, odrzuceniem w moim procesie. Zapewniłam mojej wewnętrznej dziewczynce opiekę, którą tak bardzo potrzebowała.

Pozdrawiam serdecznie,

Joanna Skalska

Dzisiaj usłyszałam te słowa na sesji i z nimi zostałam na dłużej.

Zdałam sobie sprawę, że teraz często słyszę to zdanie. Inni pokazują mi to co się we mnie zmieniło. Kiedyś z cierpliwością nie miałam nic wspólnego. Wszystko musiało być na już, a jeśli nie było czaił się stres i strach.

Wróciłam pamięcią do wspomnień, gdy ja coś chciałam i gdy ode mnie coś chcieli. Wszystko musiało być na już, na teraz.
Gdy oczekiwano ode mnie coś w domu, np. sprzątania, musiałam to zrobić od razu bo inaczej bura.
Gdy ja coś chciałam i zostało mi obiecane to chciałam to od razu bo inaczej wiedziałam, że nie będzie w ogóle. Bo mama zmieni zdanie. Bo będzie miała inne wydatki. Bo tych bo, było zawsze dużo.

Zakorzenił się we mnie program, który mówił, że jeśli jest pragnienie, oczekiwanie, prośba to chcę to od razu bez czekania bo inaczej moje potrzeby będą nie spełnione a za tym myśl, że nie zasługuję albo w drugą stronę, ja zostanę obarczona winą za niespełnienie oczekiwań innych. Moi pracodawcy byli zachwyceni, bo pracowałam ponad moje siły, żeby tylko nie ponieść kary, w tym przypadku zwolnienia. Sama też w moim procesie chciałam wszystko jak najszybciej i efektowniej co skończyło się miesiącem wegetacji, gdzie nie potrafiłam się spotkać z żadną z emocji.

W pewnym momencie przestałam mówić o moich pragnieniach na głos, bo spotykały się z tekstami typu: ty to byś wszystko chciała, a może do tego gwiazdkę z nieba, skąd ja Ci na to wszystko wezmę pieniędzy itd. Gdy mówiłam na głos co chce osiągnąć a moje małe marzenie nie doszło do skutku czułam ogromny wstyd i zaprzestałam w ogóle marzyć. Bo jak mam marzenie i będę mówiła o nim na głos to inni będą pytać i oczekiwać, że je spełnię, będę czuła ogromny wstyd i porażkę, gdy mi nie wyjdzie. Tak samo, gdy byłam małą dziewczynką i rodzice mi coś obiecali, ja się tym chwaliłam przed rówieśnikami a później czułam wstyd, że jednak to nie doszło do skutku.

Jeszcze 2 lata temu, jak np. gdzieś wyjeżdżałam na długo planowany wyjazd czułam się odcięta od siebie, jakbym nie była w swoim ciele, byłam w totalnym odcięciu od tego co mnie otacza. Pamiętam jak siedziałam w samolocie lecąc do Włoch i mówiłam sama do siebie: „Tak wiem, pamiętam jak nawet przestałam marzyć o wyjeździe na wakacje za granicę ale teraz lecę, teraz tu jestem, zwiedzę Toskanie i Rzym. Jestem.”. „Jestem” to było słowo, które powtarzałam jak mantra. Żeby poczuć, że to co kiedyś nie miało szans zaistnieć, teraz jest i mnie dotyczy, bo moje ciało nie musi się już zamrażać i odcinać od uczuć. Teraz jestem tu i teraz, jestem bezpieczna.

Ta cierpliwość powstała jako jeden z tych małych cudów, które miały miejsce podczas odkrywania siebie. Że jednak cierpliwość jest w mojej naturze. Jak sięgam pamięcią, nie pracowałam nad tym konkretnie tematem a dawałam sobie akceptację, miłość, bezpieczeństwo i poczucie, że moje potrzeby sa ważne i zasługują na to, żeby zostały spełnione. Wracałam do siebie tysiące razy i pokazywałam sobie, że ja teraz mam sprawczość w swoich rękach i mogę tego dokonać. Teraz to co czuję jest ważne i mam na to przestrzeń, tyle przestrzeni ile mi potrzeba.

Jakiś czas temu otworzyłam się na kolejny proces, zdobywam wiele informacji, które testuje ze sobą. Cześć z nich integruje i poszerzają moje widzenie a część odrzucam bo tego nie czuję. I fakt, łatwiej byłoby być już ten krok dalej, z tym rozpoznaniem ale celebruję to dojrzewanie. Żeby można było zjeść dojrzały owoc, on potrzebuje swojego czasu, żeby urosnąć i dojrzeć. Surowe jabłka są twarde i kwaśne a dojrzałe soczyste i słodziudkie. Tak jak teraz wiem i potrafię czekać, żeby jabłko dojrzało, tak też mam świadomość i zaufanie do tego co się pojawia w moim życiu. I fakt czasami chcę przyspieszyć czas i tupię nóżkami z niecierpliwością ale nie mam już tej presji za plecami, która towarzyszyła mi wcześniej.

Pozdrawiam serdecznie z miejsca w którym dzisiaj celebruję tu i teraz. Zatrzymanie w sobie, zatrzymanie w tej pięknej przestrzeni.

Pozdrawiam ciepło,
Joanna Skalska

Ponad rok temu zobaczyłam tęczę w medytacji. Usłyszałam też wtedy, że czuję mocno boginię tęczy. Kiedyś jak jechałam z siostrą samochodem to była tuż przed nami i prowadziła nas kilka chwil do przodu. Innym razem, gdy wracałam z Partnerem do domu zaczynała się tuż za naszym autem. Często zachwyca swoją obecnością w riwierze.

Dzisiaj, gdy powróciła do mnie pewna sytuacja sprzed kilku miesięcy usiadłam do pamiętnika i zaczęłam znów ją opisywać, aż nagle przyszedł impuls. Aśka idź na spacer. Poszłam i zobaczyłam malutką tęczę, na chwilę, ale to wystarczyło, żeby przypomnieć.

Tak jak tęcza ma swoje piękne kolory tak i my mamy w sobie wielokolorowe emocje. Z jednego brzegu wygląda tak, z innego inaczej plus ciągle jest w ruchu. Raz jest bardziej wyrazista, raz mniej, czasami zostanie na bardzo długo aż w końcu się rozpłynie i pozostanie po niej wspomnienie.

Można też ją przyrównać do relacji i spojrzeć na to co się pojawia przy każdym człowieku i zobaczyć jej unikatowość. Widzę jak niektóre osoby pojawiają się w moim życiu z wyraźnym kolorem fioletowym i są moimi „przewodnikami” duchowymi, od których się dużo uczę. Inni natomiast przychodzą z wyraźnym żółtym, gdzie jest ogrom radości, z zielonym spokojem albo z czerwoną miłością. Nie jest to jednak płaskie i pod zielenią też może kryć się smutek a pod czerwienią złość, a pod fioletem żal. W wirze uczuć i emocji, gdzie każda z nich jest ważna i potrzebna.

Warto spojrzeć z boku na to co się pojawia i zobaczyć, co ja tutaj mam do zobaczenia. Co te kolory mi mówią odnośnie przeszłości albo teraźniejszości, gdzie w moim kierunku były konfrontujące zachowania i gdzie może ja działam podświadomie, z przestrzeni, której wcześniej nie widziałam.

Stawić się w pełni do zobaczenia tego cudownego kolorytu życia i wziąć to co na ten moment jesteśmy gotowi. Przyjrzeć się relacjom, które mieliśmy i które mamy. Co dajemy i co otrzymujemy, jak się w nich czujemy. Czy swobodnie, czy może nie do końca i co mogę w tej sytuacji zrobić. Podziękujmy za każdą naukę płynącą z tego doświadczenia. Bez niego nie bylibyśmy tu i teraz z tą świadomością.

Całuję,

Joanna Skalska

Podczas mojej terapii wiele razy zadawałam sobie to pytanie po cichu, kilka razy na sesji. Najpierw bardzo nieśmiało, później już coraz głośniej.

W spotkaniach z Klientami słyszę to samo:
-nie chcę, żebyś źle o mnie pomyślała, ale…
-coś ze mną jest nie tak…
-boję się, że ja mam jakąś chorobę psychiczną i nic mi nie pomoże…
-wiesz, normalna osoba pewnie zareagowałaby inaczej…

Jak zaczynamy rozpoznawać schematy plus zaczynamy coś z nimi robić, to nagle przestajemy pasować do różnorakich „ról”, które na sobie nosiliśmy. Żyliśmy dopasowani do innych, do otaczającej nas rzeczywistości a nagle myślimy inaczej. Inaczej niż wszyscy, widzimy programy, schematy, przekonania. Może jest kilka osób w Internecie, które mają podobne przemyślenia, ale nikogo wokół nas. Czujemy się wyalienowani, nierozumiani.

Jak zaczynamy się kontaktować z emocjami po 20, 30, 40, 50 latach życia w wyparciu, to czujemy ich natłok i przytłoczenie. Nagle pojawia się silna złość, która była w wyparciu i mamy ochotę rozwalić pół mieszkania, smutek zalewa, że nie można ogarnąć łez, poczucie odrzucenia wierci dziurę w sercu, strach spłyca oddech. Naprzemiennie.

Jest wir uczuć, są nowe wglądy, umysł podważa działania i nowe przemyślenia. Boi się i za wszelką cenę chce wrócić do starego, przytulnego miejsca komfortu, gdzie wszystko było znajome. Bo to, co jest nowe jest dla niego niebezpieczne, chce nas chronić za wszelką cenę i podsyła straszne scenariusze obwiniając nas o wszystko.

BO NIE BOLI PRAWDA A ODPADANIE ILUZJI.

Tej iluzji, w której żyliśmy wiele lat.

Wiec co ja teraz mogę zrobić?

Spotkać się z tym strachem, który stoi tuż za rogiem.
Zaprosić go i spojrzeć mu prosto w oczy.
Pozwolić mu przepłynąć przez ciało.
Podziękować, że powstał, bo pojawił się kiedyś i z nami został, żeby nam służyć, żeby nas chronić.
Pozwolić mu odejść w akceptacji i zintegrować kolejną część nas, która była w wyparciu.
Umysł działa z przestrzeni lęku a serce z przestrzeni miłości, więc wypełnij tą uwolnioną przestrzeń miłością do siebie przytulając swoje Wewnętrzne Dziecko. Z czasem umysł przyzwyczai się do nowej rzeczywistości i nie będzie działał z przestrzeni ran, traum a zacznie ufać sercu, które jest pełne miłości. Które jest miłością tak samo, jak i my.

Całuję,

Joanna Skalska

W moich tekstach opisuje sytuacje z dzieciństwa, niektóre z nich brzmią dość mocno, bo dla mnie takie były. Mogłabym teksty złagodzić ale zawsze jak piszę, piszę to co ze mnie akurat wypływa a jak coś próbuje zmienić to wygląda to jak masło maślane.

Zacznę od początku. Zdaje sobie sprawę z tego, że czasy wojny minęły jakiś czas temu. Mamy sklepy pełne ubrań, jedzenia, ciepłe domy z gorącą wodą w kranie ale czy zawsze tak było? Nie. Moja rodzina wywodzi się ze wsi, pamiętam jak babcia mi opowiadała, że obfite plony w lecie oznaczają obfitą zimę. Co roku tak samo, strach czy warunki pogodowe będą sprzyjające a jedzenie ze sklepu były jedynie na kartki. Druga babcia opowiadała jak biegała w życie w walkach partyzanckich, dalekie czasy? Nie, babcia żyje. Wczoraj jak powiedziałam jej, że idę do lasu odpowiedziała „Gdzie będziesz szła, zostań w domu, jeszcze Ci się coś stanie”. Czasy walk dawno minęły ale jak widać strach w niej ciągle żyje… Babcia mojego znajomego była w pociągu, który jechał do Niemiec, wyskoczyła, żołnierz strzelił w jej stronę, chybił a ona udawała martwą żeby tylko nie powtórzył strzału. Wracała do domu na pieszo kilka dni, dzień i noc… Natomiast w miejscu, gdzie jest mój dom rodzinny mój dziadek wraz z kilkoma innymi ludźmi budowali nową osadę, na naszym podwórku były 3 budynki, wokół pola i lasy. Pewnego dnia zaczęły nad budynkami latać wojskowe samoloty, dziadek kazał babci i cioci wziąć krowy i chodzić od jednego budynku do drugiego, żeby było wiadomo, że to osada rolnicza. Bomba mogła spaść w każdej chwili… ciągle pamiętam strach w cioci oczach, gdy mi to opowiadała. W miastach nie było lepiej, były bombardowane, był głód, bieda, godzina policyjna, getta. Na studiach mieszkałam w Łodzi, jest tam wiele miejsc, które pozostały po rzeźni jaka tam się odbyła…

Ciągle towarzyszący strach, żeby wystarczyło jedzenia, żeby dom był bezpieczny, żeby nie przyszli nieproszeni goście, jeden błąd mógł kosztować życie.

Polska jest teraz wolnym krajem, jest obfitość jedzenia, ubrań, technologii, pięknych miejsc stworzonych przez człowieka ale czasami odzywa się w nas ta mentalność braku połączona ze strachem, która kiedyś była codziennością. Tak jak nam przekazano pewną wiedzę, zachowania tak też nasi rodzice dostali wiedzę od swoich rodziców. Z pokolenia na pokolenie. Gdyby nasi rodzice dostali miłość, zrozumienie wtedy umieliby to przekazać młodszemu pokoleniu, nam. Zdaje sobie sprawę z tego, że w domach rodzinnych mojej mamy, czy taty nie było zgody na wszystkie emocje, że czasami było naprawdę ciężko i trudno ale to nie ujmuje krzywdy jaka została mi wyrządzona.

Czasami słyszę słowa, bo rodzice mieli tak ciężko, na rodziców nie powinno się powiedzieć złego słowa, nie wypada, co ludzie powiedzą. Tutaj też się odzywa echo systemu patriarchalnego. Rodzice mieli ciężko ale od nas tylko zależy czy my pozwolimy sobie z siebie wyrzucić zablokowane emocje, przeżyć te sytuacje co nas blokują i uwolnić napięcia z ciała. Nie mówię tutaj o wyrzygiwaniu się do matki czy ojca tylko zadbanie o siebie w bezpiecznej przestrzeni u boku wspierającej osoby, przyjaciółki czy terapeutki. Bo tak, nie wydawało Ci się, że w tamtej sytuacji Twoje granice zostały przekroczone w bestialski sposób i masz prawo czuć wściekłość. Ja w moim procesie nie kontaktowałam się z mama praktycznie w ogóle przez około pół roku, kolejne pół roku dzwoniłam sporadycznie i pozwalałam sobie być w procesie, przeżywać to co się pojawiało. Wyrzucałam wściekłość na to co mi zrobiła, płakałam kąpiąc się w wielkiej ranie odrzucenia, uwalniałam blokady w ciele i stawałam się dla siebie Idealnym rodzicem. Takim, którego zawsze chciałam mieć.

Teraz, jestem w domu rodzinnym na ponad miesiąc bo mama miała wypadek samochodowy. Przyjechałam z własnej woli, bardzo lubię gdy chodzimy razem do lasu na grzyby bo może spacerować a ja uwielbiam spędzać czas w naturze. Kiedyś dostawałabym szału przy niektórych sytuacjach, teraz tylko mówię, gdy zauważę pewne zachowania, choć zdarzyło mi się też unieść głos. Też jest tak, że gdy przekraczamy próg domu rodzinnego, gdzie spotkało nas tyle krzywd, podświadomość pokazuje, gdzie jeszcze są jakieś sprawy do zobaczenia. Skłoniło mnie to też do kilku głębokich procesów i zobaczenia miejsc, które potrzebowały jeszcze ukochania. Relacja z mamą, którą mam teraz nie byłaby możliwa, gdybym nie uznała swoich krzywd. Nie umiałam też przyjąć od niej tych pozytywnych i pięknych rzeczy, które dla mnie zrobiła. Wyparcie nie prowadzi donikąd tylko wstawienie się w te trudne sytuacje, pozwolenie na emocje i uwolnienie ich z ciała.

Całuję,

Joanna Skalska

Dzisiaj mam poranek refleksji.

Po emigracji z Polski moja zbroja pewnej siebie, silnej Asi rozpadła się, towarzyszył mi ciągły strach…
Mieszkałam w Londynie więc dodatkowo byłam przytłoczona dynamiką miasta…
Bałam się odezwać do obcej osoby, nigdy nie wiedziałam jakim akcentem, słownictwem mnie zaskoczy…
Bałam się krzyczących, przepychających się nastolatków…
Bałam się zatłoczonych miejsc…
Bałam się przechodzić przejściem podziemnym przez ulicę, bez ciągłego oglądania się za siebie, gdzie za nim znajdował się najbliższy supermarket…
Bałam się za każdym razem, gdy jakiś mężczyzna na mnie dłużej spojrzał…
Zaniedbałam mój wygląd zewnętrzny…
Bałam się jak miałam drzwi uchylone na ogródek, że zaraz ktoś wejdzie i coś mi zrobi…
Bałam się otworzyć drzwi, gdy zadzwonił dzwonek…
Moją pierwszą pracą w Londynie była praca w polskiej firmie w administracji, gdzie za wszystko co źle zrobili w fabryce obarczali mnie winą, gdzie dziewczyna przy biurku obok podkładała mi świnie…
Następnie pracowałam dla silnie narcystycznej kobiety, która na początku była miła, chciała mnie poznać, dużo ze mną rozmawiała a później, jak już znała moje słabe punkty to je wykorzystywała przeciwko mnie…
W domu z partnerem ciągle się kłóciłam, ciągle mi coś nie pasowało…
Nie wiedziałam co chce, jak chce a jak pojawiały się jakieś marzenia to wewnętrzny krytyk szybko sprowadzał je do parteru…

Wystraszona, nic nie warta, gruba, głupia idiotka, która nic nie umie i nic nie potrafi.

Przywołując te wspomnienia, przywołałam też emocje.

Czułam się jak w klatce. Zobaczyłam siebie, jak wracałam na pieszo z pracy do domu. Cieszyłam się, że z niej wyszłam bo było ciężko. Nie chciałam iść do domu bo wiedziałam jaka mnie tam spotka atmosfera. Na dworze było zimno i padał deszcz. Stałam przed kawiarnią i bałam się do niej wejść, czułam się przytłoczona przez ludzi… nie miałam miejsca, w które mogłabym iść i czuć się bezpiecznie. Wróciłam teraz do siebie z tamtego czasu i dałam sobie to czego wtedy zabrakło… wsparcia i miłości.

Wracając do historii…


Ponad trzy lata temu rozmawiałam z koleżanką, która dała mi zadanie żeby wypisać 10 rzeczy, za które się kocham. To zadanie wywołało we mnie ogrom poczucia winy i potwierdzenie, że do niczego się nie nadaje i na nic nie zasługuję. Ta osoba była pierwszym światełkiem na mojej drodze. Poleciła mi filmiki na yt odnośnie relacji z Wewnętrznym Dzieckiem. Zobaczyłam nadzieję. Słuchałam, czytałam książki cały czas. Zaczęłam terapię. Myślę, że o tym jak się czułam podczas terapii napiszę oddzielny post bo był to ogromny roller coaster. Czym chce się dzisiaj podzielić to tym, że byłam przy sobie cały czas. Zrezygnowałam z pracy i skupiłam się na sobie. Wykorzystywałam oszczędności i korzystałam ze wsparcia mojego Partnera. Przeprowadziliśmy się z Londynu nad morze, które zawsze potrafi ukoić moje myśli i emocje. Rozmawiałam z moim Wewnętrznym Dzieckiem codziennie, często siebie nie rozumiałam i zdarzały mi się wpadki, wewnętrzny krytyk wygrywał. Towarzyszyły też wyrzuty sumienia, bo widziałam jak raniłam innych. To była bardzo wyboista droga i mimo ogromu wątpliwości szłam dalej. Czułam, że nie ma powrotu do tego co było wcześniej. Zapłaciłam za terapię, kursy, warsztaty, książki dużo pieniędzy ale wiem, że było warto. To była inwestycja we mnie. Wiem, że zrobiłabym tak samo dla ratowania zdrowia fizycznego.

W moim życiu zaczęło pojawiać się coraz więcej chwil w których, czułam się szczęśliwa. Zaczęłam widzieć opcje, które były tuż obok ale byłam na nie zamknięta. Relacje z bliskimi przeszły na całkowicie inny poziom. Zaczęłam rozumieć moją wrażliwość, która też pokazuję się coraz bardziej i bardziej. Znam swoje granice. Potrafię być w tu i teraz, zanurzyć się w chwili. Widzę otaczające mnie piękno i obfitość. Uwielbiam śmiać się spontanicznie, złościć z wnętrza brzucha i płakać do momentu ukojenia. Nie dążę już do „naprawienia” siebie, bo wiem, że wewnętrzny proces nie ma końca. Zawszę mogę zajrzeć w siebie głębiej, ode mnie zależy w jakich okolicznościach i z jakim podejściem to zrobię. Popełniam też błędy, nie uciekam od nich, biorę za nie odpowiedzialność i staram się, nie odwracać się w tych momentach od siebie.

W pewnym momencie zaczęłam szukać mojej drogi zawodowej. Wiedziałam, że kocham dzieci, zawsze okazywałam im ogrom miłości. Z tą myślą zaczęłam tworzyć przestrzeń, gdzie sprzedawałam dziecięce ubranka. Chyba nie muszę mówić, że przy tym też się nieźle namęczyłam… to uczucie ciężkości, gdy tylko myślałam o dokumentach… zaczęłam się poddawać…

Zobaczyłam w Internecie, że jedna z dziewczyn, która przeszła taką drogę co ja zaczęła pracować z innymi. Pojawiła się zazdrość, bo w końcu ja nie pozwalałam sobie nawet o tym myśleć! Zajrzałam w to bardzo głęboko. Otworzyłam się na głęboki proces, w którym zrozumiałam, że ta zazdrość pojawiła się, bo ja chce robić to samo! Podczas medytacji usłyszałam głos mojego serca.

Ja chce pracować z dziećmi! Z Wewnętrznymi Dziećmi!

Poświęciłam ogrom czasu, energii, pieniędzy na zdobywanie wiedzy, doświadczenia i właśnie tę wartość wykorzystuję w dalszym życiu. Rozwijam siebie w tym co kocham robić i tym też się dzielę z innymi. Przynosi mi to ogromną satysfakcję i radość. Cieszę się, gdy osoby w przestrzeni, którą tworzę mają głębokie procesy. Nigdy się tak nie czułam. Zawsze traktowałam pracę jako coś, co trzeba zrobić w przestrzeni od-do, i wrócić do domu, i dopiero wtedy, robić to co się chcę. Teraz wiem, że gdybym poszła gdzieś do pracy, nie miałabym sił na dzielenie się wiedzą, sesje z innymi. Dlatego połączyłam to co kocham robić z energią wymiany. Dlatego jestem tu i teraz i oferuję moje wsparcie innym.

W tym co robię jest moje serce i moja droga życia doprowadziła mnie do tego momentu.

Całuję,

Joanna Skalska

Właśnie skończyłam oglądać film dokumentalny o osobach, które mają wysoką wrażliwość: „Sensitive- The untold story”. Planowałam obejrzeć ten film dawno temu, ale dzisiejszego ranka, gdy zapytałam się siebie co chce robić w ten niedzielny deszczowy poranek, przyszła odpowiedź. Wypożyczyłam film, który zaprosił mnie do wielu przemyśleń.

Wiedziałam, że odczuwam świat inaczej niż wiele bliskich mi osób, nawet na sesjach słyszałam, że mam wysoką wrażliwość, ale ciągle brakowało mi pewnego klocka, takiej cegiełki, która mogłaby scalić mur. Bo jak ja jako dziecko, ciągle krzyczące, dopominające się o swoje, uczestniczące we wszystkich apelach przed całą szkołą, głośna, zwracająca na siebie uwagę ni jak nie pasowałam do prezentowanego wycofanego dziecka, które mocno absorbuje świat, musi być na uboczu, bo jest on zbyt przytłaczający. Od dziecka szłam przez życie rozpychając się łokciami, przedzierałam się, żeby tylko być widziana, żeby tylko nie zniknąć. Często w centrum uwagi pokazując wszem i wobec, że ja SAMA dam sobie radę.

SAMA.

Tego najbardziej się bałam. Rana odrzucenia, którą miałam w sercu stworzyła system obronny, który odciął mnie od mojej wysokiej wrażliwości, żebym mogła przetrwać. Dla dziecka ważniejsze jest, żeby było widziane przez matkę nawet w złym świetle, niż żeby nie było widziane wcale. Dwie dużo starsze siostry miały swój nastoletni świat, gdy ja byłam małym dzieckiem plus idealna siostra, wzorowa uczennica, duma rodziny i ja- najmłodsza, krzątająca się pod nogami, nie ważna, nie istotna, „ta, co zawsze coś odwali”. Teraz rozumiem, że moje zachowanie było systemem obronnym. Chciałam być widziana, nic więcej, nie byłam w stanie rywalizować z perfekcyjną siostrą, ale mogłam być jedynie widziana, gdy robiłam coś „złego”, nikt nie widział tego wołania o pomoc, nikt nie widział, że ja chcę, żeby ktoś mnie zauważył i zaakceptował taka, jaka jestem. Zawsze byłam za głośna, bo jak się bawiłam to na całego, zawsze byłam tą, co robi awantury, bo mnie bardzo bolało, gdy moje granice były przekraczany w subtelny, manipulacyjny sposób i mówiłam o tym wprost. Myślałam, że taka jestem, ekspresyjna, głośna, niedobra. Pamiętam sytuację, gdy babcia zamartwiała się o moją kuzynkę, która w wieku około dwudziestu lat gdzieś wyjeżdżała, ja w wieku 19 lat wyprowadziłam się z domu, babcia powiedziała, że o mnie się nie martwi, bo ja sobie poradzę nawet jakby cały świat zalała woda. Nie widziałam, czemu mnie tak bardzo zabolały jej słowa. Zabolały, bo ja też chciałam, żeby ktoś się o mnie martwił, żeby ktoś mnie wspierał, żeby ktoś mi pomagał i akceptował taka, jaka jestem, a nie zostawił samej sobie, bo jakoś SAMA sobie poradzisz. Moja rana odrzucenia była taka ogromna, że odwróciłam się sama od siebie, tak jak odwróciła się ode mnie matka, bliscy. Chciałam za wszelką cenę być widziana, to mi wystarczyło, żeby nie zapomnieli, że jestem, żeby mama nie pojechała szybko samochodem do jej mamy, gdy ja będę się bawiła w domu obok u drugiej babci. Żeby pamiętali, że jestem. Z tej wielkiej rany wytworzyła się ogromna zbroja Asi walczącej, Asi nic nie ruszy, Asi, która ma wszystko gdzieś. Ta zbroja pomogła mi przetrwać, ale pod nią był ogrom bólu, tęsknoty za bliskością i lęku przed odrzuceniem, które to popychały do działań z pozycji braku akceptacji i lęku przed samotnością. W filmie jest wzmianka o tym, że niektóre dzieci, zaczynają krzyczeć i płakać, gdy są przytłoczone, często spotykają się z niezrozumieniem od dorosłych, bo jak to? Przecież przed chwilą się bawiłaś i wszystko było okay a teraz płaczesz? Co z tobą jest nie tak? Ciągle pamiętam jak płakałam w łazience przy oknie i prosiłam, żeby ktoś mnie zabrał z tego domu. W takich sytuacjach dziecku potrzeba akceptacji i zrozumienia, czasami nawet wystarczy zapytać, a nie z góry demonizować i przyklejać łatkę tej złej, niedobrej, tej, z którą coś jest nie tak. Wystarczy trochę empatii, współodczuwania i zrozumienia dla ekspresji emocji, bo one pojawiły się z jakiegoś powodu, dla dorosłego może to być błahostka, ale dla dziecka są one ważne.

Nie potrafię powiedzieć jak wiele razy wracałam do mojej małej Asi i pokazywałam jej, że uczucia, jakie ma są okay, że to jest w porządku, że tak się czuje i jestem przy niej ja, ja ją rozumiem i będę przy niej zawsze, że sposób w jaki odczuwa jest unikatowy i wspaniały a inni po prostu mają inną wrażliwość. Odkrywanie kawałek po kawałku mojej wrażliwości nie jest łatwą przygodą, usłaną płatkami róż, ale ta podróż jest warta każdej łzy, łzy smutku czy też wzruszenia. Mam wrażenie, że po każdym procesie odkrywam siebie na nowo, zdejmuje kawałeczki tej zbroi, którą nosiłam na sobie od maluszka a pod którą, jest to piękne wewnętrzne światło. Ta wielka pustka została wypełniona przeze mnie, ja sama dałam sobie przestrzeń na przeżywanie emocji i uwalnianie ich z ciała. Wracałam do wszystkich momentów, gdzie moje emocje, gdzie Ja czułam się nieważna i okazywałam sobie empatię jak również uznanie dla moich uczuć.

Wspomnę jeszcze o procesie, który miałam ostatnio. Często wracałam do chwili, gdy siostra siedziała z mamą w kuchni. Mama piła kawę, siostra herbatę i spędzały czas razem. Za każdym razem, gdy pojawiałam się na horyzoncie siostra opowiadała mamie jakąś sytuację, gdy zrobiłam coś, powiedziałam coś nie tak. Złość matki spadała na mnie, ja krzycząc wychodziłam a one we dwie mogły dalej na mój temat rozmawiać, jaka to nie jestem, zła, niedobra i nie umiem się zachowywać. Od dawna zdawałam sobie sprawę z mechanizmów, jakie tam zachodziły, rywalizacja o miłość matki itd. Często też procesując tę sytuację pojawiała się złość i smutek, dopiero niedawno poczułam ten straszy ból odrzucenia na innym poziomie niż kiedyś procesując wiele razy tę sytuację, przyznałam przed sobą, że ja też chciałam być częścią tych pogaduszek. Siostra miała idealny sposób, żeby się mnie pozbyć i zagarnąć całą uwagę dla siebie, często mnie ośmieszała albo zawstydzała, gdy siedzieliśmy wszyscy przy stole. Ja wybuchałam złością, bo moje granice były przekraczane i znowu w oczach bliskich byłam tą złą, która krzyczy i nie umie się zachować. Z tego miejsca jestem świadoma, że ja byłam ofiarą w tej sytuacji, chociaż wtedy myślałam o sobie, że ze mną jest coś mocno nie tak. Czując więcej, przeglądając się w oczach rodziców widziałam ten brak akceptacji, na mnie taką, jaka jestem. System rodzinny, w którym się wychowałam był dość złożony a ja z moją wrażliwością, z głębią odczuwania, ekspresją uczuć, krzycząc, bo tylko wtedy byłam słyszana idealnie wpasowałam się do miana „czarnej owcy” rodziny.

Wspominam o tej historii, bo chcę nadmienić, że proces powrotu do siebie, nie trwa 3 miesiące, jest to proces wieloletni a głębsze pokłady wrażliwości ujawniają się wraz z naszą pracą, spotykaniem się ze sobą, dążeniem do przodu, niepoddawaniem się i akceptacją na wszystko, co się pojawia. Ten wewnętrzny głos prowadzenia jest w nas i każdy jest w stanie go usłyszeć o ile nie jest zagłuszany przez traumy i gdy się na niego otworzymy w uważności. Zawsze możemy zajrzeć w siebie głębiej, zawsze możemy spotkać się ze sobą bardziej a my, wysoce wrażliwi, którzy musieli ukryć tę wrażliwość głęboko na dnie mamy ogrom do odkrywania.

Całuję,

Joanna Skalska

Od dziecka jesteśmy programowani na wiedzę, logiczne myślenie, analizę. Jak byłam mała, często słyszałam: „myśl o tym, co mówisz”, „zastanów się, zanim coś powiesz” jak wypowiadałam jakieś moje opinie, prawdy na temat otaczającego mnie świata, które były niewygodne dla dorosłych. Bez filtrów, których na tamten moment jeszcze nie znałam. Oni byli nauczeni je ignorować, pomijać, żeby np. nikogo nie urazić, być zawsze miłym i uśmiechniętym, nie narażać się nikomu swoją opinią.

A dzieci? Dzieci, jakie są? Prawdziwe!

Mówią to, co myślą bez filtrów nałożonych przez świat patriarchalny. Wypowiadają słowa prosto z serca, które nie są filtrowane. Dziecko jak widzi pięknego motyla, to się zachwyci całym swoim ciałem, a jak widzi coś brzydkiego nazwie to wprost, a nie opowie wymijająco, delikatnie, bez nazywania stanu rzeczy albo pominie wypowiedź. Dziecko mówi z serca. Prosto i wyraźnie.

Do około 5, 6 roku życia dzieci działają na innych falach mózgowych, gdzie nie jest jeszcze wykształcony umysł analityczny, logiczny, wtedy też przyswajamy przekonania otaczających nas osób. Umysł analityczny kształtuję się do około 12, 13 roku życia. W tym czasie, często też kierowane są do nas słowa: nie rób tak, nie myśl tak, takie myślenie jest dobre a takie nie, jak możesz tego jeszcze nie wiedzieć? Moje dzieciństwo było usłane z tego typu wypowiedzi, czy to w szkole, czy w domu, a Twoje? Uczymy się nie usłuchać tego głosu serca, intuicji, który jest w środku, bo uznanie przychodziło wtedy, gdy wypowiedzi były przefiltrowane. W szkole też najważniejsze jest myślenie odtwórcze, im więcej się uczysz, im więcej wiesz, tym lepsze dostaniesz oceny. W mojej tak było, jedyny przedmiot, gdzie mogła zaszaleć wyobraźnia to była plastyka, ale to też do pewnego momentu, ponieważ w późniejszych klasach weszła wiedza na temat malarzy, dzieł itd.

Wszystko sprowadza się do umysłu, więc gdy w procesie odnajdywania siebie mamy zacząć znowu słuchać swojego serca to umysł to neguje. Umysł jest nastawiony na ochronę, chroni przed tym, co nie jest znane. On nie wie, że tylko słuchając głosu swojego serca, działając w zgodzie ze sobą, możemy być szczęśliwi. Umysł myśli, że jak zdobędę super auto, pojadę na mega wakacje, kupię nieziemską sukienkę ,to wtedy będę szczęśliwa. Pojawia się szczęście na jakiś czas, ale za tym też pojawiają się kolejne rzeczy do spełniania, bo szczęście jest warunkowe i czasowe. Gdy działam w zgodzie z sercem, z głębi serca, czy to jest spacer po bułki, czy sprzątanie, czy wyjazd na wakacje to czuję zadowolenie cały czas.

Ale jak zacząć słuchać intuicji, serca, głosu mojej duszy?

Jest to proces, gdzie uczymy umysł, że jest bezpieczny, że nie grozi nam niebezpieczeństwo, porażka, gdy działamy w zgodzie z tym wewnętrznym głosem. Jak to wygląda u mnie w praktyce? Szkic do tego tekstu napisałam w tamtym tygodniu, miałam zamiar, żeby wypuścić go jak najszybciej. Po napisaniu przyszedł impuls, żeby pójść na spacer. Tak też zrobiłam. Wróciłam do domu, zabrałam się za obiad i dni mijały. Dzisiaj rano zaczęłam oglądać świetne nagranie, gdzie słuchałam o umyśle i przypominały mi się wypisane wcześniej zagadnienia. Poszukałam je, wzięłam się za pisanie i słowa same się układają. Akapit za akapitem. Z pozycji umysłu jest to nielogiczne, bo skoro stworzyłam szkic, powinnam od razu usiąść i napisać wersję, z którą mogę wyjść, a nie zajmować się innymi sprawami, np. pójść na grzyby i później je czyścić przez 2 dni. Swoją drogą spotkała nas taka obfitość, że mieliśmy całą wannę grzybów, które teraz powolutku suszę 😊 Wiem też, że jeśli usiądziesz i wykonasz sugestię, które Ci tutaj proponuje to będzie się to wiązało z poszerzeniem punktu widzenia. Tak samo, gdy ja robiłam taką pracę prowadzoną w podobnym procesie.

Tak jak wspominałam wcześniej, umysł nas chroni przed tym, co nie jest znane, co uznaje, że jest niebezpieczne. Kiedyś pod nagonkami otoczenia podświadomość uznała, że właśnie słuchanie serca nie jest dla nas dobre, dlatego została wyeliminowana. Kontaktując się z tym lękiem przed słuchaniem intuicji, pojawiają się różne scenariusze. U mnie np. było to, że bałam się, że ktoś mi zarzuci, że działam nielogicznie. Wystarczy, że usiądziesz z kartką papieru i zadasz sobie pytanie, co to za lęk? Przed czym się boję? Mogą wypłynąć przekonania, o których nawet nie wiedziałaś, że masz albo nie zdawałaś sobie sprawy z tego, że są powiązane z tym tematem.

Skoro w sercu mamy prawdę, autentyczność, intuicję to warto też zadać sobie sprawę, czym jest dla Ciebie prawda? Z czym Ci się kojarzy? Jakie usłyszałaś zdania na ten temat, w jakie przekonania uwierzyłaś. Ja często słyszałam, że prawda w oczy kole, ale też, że prawda prowadzi do uwolnienia. Zauważ, jaka jest to sprzeczna informacja, która we mnie była. Z jednej strony bałam się poznać prawdę, a jednak podświadomie w cierpieniach (bo w oczy kole) dążyłam do uwolnienia. Czyli sama sobie torowałam drogę cierpienia do prawdy, a co jeśli w dzieciństwie rodzice zapoznaliby mnie z przekonaniem, że prawda jest lekka, miła i przyjemna a podążanie w zgodzie z nią jest najprzyjemniejsze na świecie. Gdy przyjęłam to przekonanie za moje, dużo łatwiej było mi skontaktować się z moim sercem i zobaczyć to, co jest w środku. Nie stało to też się z dnia na dzień.

A co musi się wydarzyć, żeby zobaczyć i podążać za tą prawdą płynącą z serca? Trzeba nauczyć się ufać sobie. Tej wiedzy, uczuciom, które są w nas. Tak jak wspominałam, jesteśmy uczeni od dziecka logicznego myślenia w określony sposób, a często głos naszej duszy, nie jest logiczny w znanych nam ramach. Często mam ogromne efekty właśnie działając w sposób nielogiczny. Bo jak to wpływa na rozwijanie mojego bloga, że pójdę na grzyby? Ano tak, że zaufałam sobie, zrobiłam to, co bardzo chciałam, co zaowocowało ogromną obfitością i w grzybach i słowach. Logiczne? Nie bardzo 😊A jak jest u Ciebie? Jakie masz przekonania na temat zaufania?

Gdy pojawia się chęć zrobienia czegoś, ale w rolę wchodzi umysł i racjonalizuje, to wtedy czujemy taki wewnętrzny rozjazd. Przypomnij sobie, jak bardzo chciałaś coś zrobić, pojawiła się logika, że nie, że jeszcze nie czas, że jeszcze nie jestem gotowa, że jeszcze muszę się dużo dowiedzieć, to obejrzeć, to przeczytać i dopiero będę mogła zrobić to, co chcę zrobić, że jak nie wyjdzie, to będzie klęska i tyle spraw może pójść nie po myśli. Gdy już przeczytamy i obejrzymy to, co chcieliśmy pojawiają się kolejne rzeczy, które powinniśmy przyswoić. To uczucie, że nie czuję się jeszcze gotowa, może się nigdy nie skończyć choć serce krzyczy inaczej. Takie właśnie mam odczucia odnośnie do warsztatu, który chodzi mi po głowie od 2 tygodni, ale ciągle go odwlekam. Dzisiaj postanowiłam, że na pewno go zrobię po powrocie z wakacji, czyli pod koniec września. Wiem, że na dany moment będzie najlepszy, jaki może być i przyniesie transformacje mi i innym.

Każdy z nas przeszedł swoją indywidualną drogę, dzieciństwo i ma inny zestaw przekonań. Każdy z nas pomimo tego, że odczuwa te same uczucia, czuje je inaczej. Dlatego warto ufać sobie i temu, co się w nas pojawia. Nie jesteśmy w stanie, być szczęśliwym robiąc to samo co inni, co np. nasz autorytet o ile to nie wypływa z serca. Bo ten wewnętrzny kompas jest najważniejszy, to właśnie uczucia, które mamy mówią nam, czy jesteśmy zadowoleni i szczęśliwi robiąc coś, spotykając się z kimś. A czy czujemy się ciężko i pojawia się myśl: „o coś tu jest nie tak”. Słuchając siebie, mamy to wewnętrzne prowadzenie, gdy je tracimy, wchodzi umysł z analizą: „To jest nie tak, tamto nie tak, to może nie wyjść, a tamto nie ma sensu”. Od nas zależy czy posłuchamy tego głosu umysłu, czy też skierujemy uwagę do serca i będziemy działać mimo lęku i może na początku też niezrozumienia dla tego, co się dzieje. Tak jak wspominałam, to nie jest proces kilkugodzinny, uczymy się na nowo zaufania do siebie. Pokazujemy naszemu Wewnętrznemu Dziecku, że może nam ufać, że jego głos jest ważny. Zapraszam do zaczęcia praktyki od małych rzeczy, czy to będzie spontaniczna drzemka w ciągu dnia, czy też zakup ubrania w całkowicie innym stylu.

Jak zmieni się Twoje życie, gdy w pełni zaufasz sobie?

Całuję,

Joanna Skalska