Podczas mojej terapii wiele razy zadawałam sobie to pytanie po cichu, kilka razy na sesji. Najpierw bardzo nieśmiało, później już coraz głośniej.

W spotkaniach z Klientami słyszę to samo:
-nie chcę, żebyś źle o mnie pomyślała, ale…
-coś ze mną jest nie tak…
-boję się, że ja mam jakąś chorobę psychiczną i nic mi nie pomoże…
-wiesz, normalna osoba pewnie zareagowałaby inaczej…

Jak zaczynamy rozpoznawać schematy plus zaczynamy coś z nimi robić, to nagle przestajemy pasować do różnorakich „ról”, które na sobie nosiliśmy. Żyliśmy dopasowani do innych, do otaczającej nas rzeczywistości a nagle myślimy inaczej. Inaczej niż wszyscy, widzimy programy, schematy, przekonania. Może jest kilka osób w Internecie, które mają podobne przemyślenia, ale nikogo wokół nas. Czujemy się wyalienowani, nierozumiani.

Jak zaczynamy się kontaktować z emocjami po 20, 30, 40, 50 latach życia w wyparciu, to czujemy ich natłok i przytłoczenie. Nagle pojawia się silna złość, która była w wyparciu i mamy ochotę rozwalić pół mieszkania, smutek zalewa, że nie można ogarnąć łez, poczucie odrzucenia wierci dziurę w sercu, strach spłyca oddech. Naprzemiennie.

Jest wir uczuć, są nowe wglądy, umysł podważa działania i nowe przemyślenia. Boi się i za wszelką cenę chce wrócić do starego, przytulnego miejsca komfortu, gdzie wszystko było znajome. Bo to, co jest nowe jest dla niego niebezpieczne, chce nas chronić za wszelką cenę i podsyła straszne scenariusze obwiniając nas o wszystko.

BO NIE BOLI PRAWDA A ODPADANIE ILUZJI.

Tej iluzji, w której żyliśmy wiele lat.

Wiec co ja teraz mogę zrobić?

Spotkać się z tym strachem, który stoi tuż za rogiem.
Zaprosić go i spojrzeć mu prosto w oczy.
Pozwolić mu przepłynąć przez ciało.
Podziękować, że powstał, bo pojawił się kiedyś i z nami został, żeby nam służyć, żeby nas chronić.
Pozwolić mu odejść w akceptacji i zintegrować kolejną część nas, która była w wyparciu.
Umysł działa z przestrzeni lęku a serce z przestrzeni miłości, więc wypełnij tą uwolnioną przestrzeń miłością do siebie przytulając swoje Wewnętrzne Dziecko. Z czasem umysł przyzwyczai się do nowej rzeczywistości i nie będzie działał z przestrzeni ran, traum a zacznie ufać sercu, które jest pełne miłości. Które jest miłością tak samo, jak i my.

Całuję,

Joanna Skalska

Dzisiaj jest taka ogromna mgła w mojej ulubionej części lasu. Przypomniało mi się, że w ten sam sposób czułam się na początku mojego procesu. Ten las znam i wiem, gdzie chcę iść ale w procesie czułam jakbym wkroczyła w ogromną mgłę. Nie wiedziałam co mnie czeka za kilka kroków, czy ogromna przepaść czy może wielka góra, gdzie będę musiała wspiąć się na jej szczyt żeby iść dalej. Nigdy nie wiedziałam co się wydarzy… wiedziałam, że chce żeby te nagromadzone emocje ze mnie wyszły, dlatego tez umawiałam się na kolejne sesje i kolejne i kolejne. Nauczyłam się pracować sama, pisałam dużo w pamiętniku, uczyłam się nowych metod, czytałam dużo książek i artykułów. Co najważniejsze uczyłam się słuchać siebie, tego „wiedzenia” ze środka, czasami robiłam inaczej niż ktoś mi sugerował bo wiedziałam, że to co czuję w sobie nigdy mnie nie okłamie, czasami też sugerowałam się umysłem: bo tak powinnam, bo tak wypada, bo inni tak robią i często te decyzje dla mnie były nietrafione.

Bo tak ciężko jest zaufać… zaufać sobie i temu wołaniu z wnętrza, gdy byliśmy od najmłodszych lat uczeni, że to co czuje nie jest prawdziwe bo mama wie lepiej, bo tata mówi inaczej, bo Pani w szkole to wszystko wie, bo skończyła długie studia… Oni mają swoje doświadczenia, często zbudowane bez kontaktu ze sobą, w większości oparte na wiedzy przyjętej z zewnątrz. Dlatego nauczyłam się walk na argumenty, że jedna osoba w konflikcie czy nawet konwersacji zawsze wygrywa, że żeby doszło do porozumienia musi ktoś zrezygnować z czegoś. Do tej pory pamiętam jak dawno temu słuchałam wykładów John’a Bradshow, gdzie mówił jak sam słyszał „My way or the hallway”. Tak też się czułam w moim życiu, albo ja się dostosuje albo ktoś inny ma się dostosować do mnie.

W tej mgle, gdzie widziałam tylko kilka metrów przed sobą nauczyłam się ufać swojemu prowadzeniu, wewnętrznego kompasowi. Powoli ta mgła zaczęła opadać. Teraz w życiu idę swoją indywidualną ścieżką, gdzie czasami też się potykam i wpadam w dołek. Mijam ścieżki innych i spotykam się z nimi, gdzie następuje wymiana, czasami są to miłe doświadczenia czasami mniej. Czasami te doświadczenia otwierają mnie na wewnętrzny proces, gdzie spotykam się ze sobą w większej świadomości.

Nie bój się, gdy masz wrażenie, że coś z Tobą jest nie tak, że idziesz w zła stronę, że błądzisz. To jest naturalne, gdy uczymy się kontaktu ze sobą w nowej jakości. Z Tobą jest wszystko w porządku, zapytaj siebie czyj to był głos z przeszłości, który mówił bądź sugerował, że jesteś niewystarczający/niewystarczająca. I co najważniejsze ufaj sobie! Bądź ze sobą codziennie chociażby na chwilę! Ta mgła będzie powoli opadała a Ty nauczysz się iść do przodu w zaufaniu do siebie.

Całuję,

Joanna Skalska

W moich tekstach opisuje sytuacje z dzieciństwa, niektóre z nich brzmią dość mocno, bo dla mnie takie były. Mogłabym teksty złagodzić ale zawsze jak piszę, piszę to co ze mnie akurat wypływa a jak coś próbuje zmienić to wygląda to jak masło maślane.

Zacznę od początku. Zdaje sobie sprawę z tego, że czasy wojny minęły jakiś czas temu. Mamy sklepy pełne ubrań, jedzenia, ciepłe domy z gorącą wodą w kranie ale czy zawsze tak było? Nie. Moja rodzina wywodzi się ze wsi, pamiętam jak babcia mi opowiadała, że obfite plony w lecie oznaczają obfitą zimę. Co roku tak samo, strach czy warunki pogodowe będą sprzyjające a jedzenie ze sklepu były jedynie na kartki. Druga babcia opowiadała jak biegała w życie w walkach partyzanckich, dalekie czasy? Nie, babcia żyje. Wczoraj jak powiedziałam jej, że idę do lasu odpowiedziała „Gdzie będziesz szła, zostań w domu, jeszcze Ci się coś stanie”. Czasy walk dawno minęły ale jak widać strach w niej ciągle żyje… Babcia mojego znajomego była w pociągu, który jechał do Niemiec, wyskoczyła, żołnierz strzelił w jej stronę, chybił a ona udawała martwą żeby tylko nie powtórzył strzału. Wracała do domu na pieszo kilka dni, dzień i noc… Natomiast w miejscu, gdzie jest mój dom rodzinny mój dziadek wraz z kilkoma innymi ludźmi budowali nową osadę, na naszym podwórku były 3 budynki, wokół pola i lasy. Pewnego dnia zaczęły nad budynkami latać wojskowe samoloty, dziadek kazał babci i cioci wziąć krowy i chodzić od jednego budynku do drugiego, żeby było wiadomo, że to osada rolnicza. Bomba mogła spaść w każdej chwili… ciągle pamiętam strach w cioci oczach, gdy mi to opowiadała. W miastach nie było lepiej, były bombardowane, był głód, bieda, godzina policyjna, getta. Na studiach mieszkałam w Łodzi, jest tam wiele miejsc, które pozostały po rzeźni jaka tam się odbyła…

Ciągle towarzyszący strach, żeby wystarczyło jedzenia, żeby dom był bezpieczny, żeby nie przyszli nieproszeni goście, jeden błąd mógł kosztować życie.

Polska jest teraz wolnym krajem, jest obfitość jedzenia, ubrań, technologii, pięknych miejsc stworzonych przez człowieka ale czasami odzywa się w nas ta mentalność braku połączona ze strachem, która kiedyś była codziennością. Tak jak nam przekazano pewną wiedzę, zachowania tak też nasi rodzice dostali wiedzę od swoich rodziców. Z pokolenia na pokolenie. Gdyby nasi rodzice dostali miłość, zrozumienie wtedy umieliby to przekazać młodszemu pokoleniu, nam. Zdaje sobie sprawę z tego, że w domach rodzinnych mojej mamy, czy taty nie było zgody na wszystkie emocje, że czasami było naprawdę ciężko i trudno ale to nie ujmuje krzywdy jaka została mi wyrządzona.

Czasami słyszę słowa, bo rodzice mieli tak ciężko, na rodziców nie powinno się powiedzieć złego słowa, nie wypada, co ludzie powiedzą. Tutaj też się odzywa echo systemu patriarchalnego. Rodzice mieli ciężko ale od nas tylko zależy czy my pozwolimy sobie z siebie wyrzucić zablokowane emocje, przeżyć te sytuacje co nas blokują i uwolnić napięcia z ciała. Nie mówię tutaj o wyrzygiwaniu się do matki czy ojca tylko zadbanie o siebie w bezpiecznej przestrzeni u boku wspierającej osoby, przyjaciółki czy terapeutki. Bo tak, nie wydawało Ci się, że w tamtej sytuacji Twoje granice zostały przekroczone w bestialski sposób i masz prawo czuć wściekłość. Ja w moim procesie nie kontaktowałam się z mama praktycznie w ogóle przez około pół roku, kolejne pół roku dzwoniłam sporadycznie i pozwalałam sobie być w procesie, przeżywać to co się pojawiało. Wyrzucałam wściekłość na to co mi zrobiła, płakałam kąpiąc się w wielkiej ranie odrzucenia, uwalniałam blokady w ciele i stawałam się dla siebie Idealnym rodzicem. Takim, którego zawsze chciałam mieć.

Teraz, jestem w domu rodzinnym na ponad miesiąc bo mama miała wypadek samochodowy. Przyjechałam z własnej woli, bardzo lubię gdy chodzimy razem do lasu na grzyby bo może spacerować a ja uwielbiam spędzać czas w naturze. Kiedyś dostawałabym szału przy niektórych sytuacjach, teraz tylko mówię, gdy zauważę pewne zachowania, choć zdarzyło mi się też unieść głos. Też jest tak, że gdy przekraczamy próg domu rodzinnego, gdzie spotkało nas tyle krzywd, podświadomość pokazuje, gdzie jeszcze są jakieś sprawy do zobaczenia. Skłoniło mnie to też do kilku głębokich procesów i zobaczenia miejsc, które potrzebowały jeszcze ukochania. Relacja z mamą, którą mam teraz nie byłaby możliwa, gdybym nie uznała swoich krzywd. Nie umiałam też przyjąć od niej tych pozytywnych i pięknych rzeczy, które dla mnie zrobiła. Wyparcie nie prowadzi donikąd tylko wstawienie się w te trudne sytuacje, pozwolenie na emocje i uwolnienie ich z ciała.

Całuję,

Joanna Skalska

Dzisiaj mam poranek refleksji.

Po emigracji z Polski moja zbroja pewnej siebie, silnej Asi rozpadła się, towarzyszył mi ciągły strach…
Mieszkałam w Londynie więc dodatkowo byłam przytłoczona dynamiką miasta…
Bałam się odezwać do obcej osoby, nigdy nie wiedziałam jakim akcentem, słownictwem mnie zaskoczy…
Bałam się krzyczących, przepychających się nastolatków…
Bałam się zatłoczonych miejsc…
Bałam się przechodzić przejściem podziemnym przez ulicę, bez ciągłego oglądania się za siebie, gdzie za nim znajdował się najbliższy supermarket…
Bałam się za każdym razem, gdy jakiś mężczyzna na mnie dłużej spojrzał…
Zaniedbałam mój wygląd zewnętrzny…
Bałam się jak miałam drzwi uchylone na ogródek, że zaraz ktoś wejdzie i coś mi zrobi…
Bałam się otworzyć drzwi, gdy zadzwonił dzwonek…
Moją pierwszą pracą w Londynie była praca w polskiej firmie w administracji, gdzie za wszystko co źle zrobili w fabryce obarczali mnie winą, gdzie dziewczyna przy biurku obok podkładała mi świnie…
Następnie pracowałam dla silnie narcystycznej kobiety, która na początku była miła, chciała mnie poznać, dużo ze mną rozmawiała a później, jak już znała moje słabe punkty to je wykorzystywała przeciwko mnie…
W domu z partnerem ciągle się kłóciłam, ciągle mi coś nie pasowało…
Nie wiedziałam co chce, jak chce a jak pojawiały się jakieś marzenia to wewnętrzny krytyk szybko sprowadzał je do parteru…

Wystraszona, nic nie warta, gruba, głupia idiotka, która nic nie umie i nic nie potrafi.

Przywołując te wspomnienia, przywołałam też emocje.

Czułam się jak w klatce. Zobaczyłam siebie, jak wracałam na pieszo z pracy do domu. Cieszyłam się, że z niej wyszłam bo było ciężko. Nie chciałam iść do domu bo wiedziałam jaka mnie tam spotka atmosfera. Na dworze było zimno i padał deszcz. Stałam przed kawiarnią i bałam się do niej wejść, czułam się przytłoczona przez ludzi… nie miałam miejsca, w które mogłabym iść i czuć się bezpiecznie. Wróciłam teraz do siebie z tamtego czasu i dałam sobie to czego wtedy zabrakło… wsparcia i miłości.

Wracając do historii…


Ponad trzy lata temu rozmawiałam z koleżanką, która dała mi zadanie żeby wypisać 10 rzeczy, za które się kocham. To zadanie wywołało we mnie ogrom poczucia winy i potwierdzenie, że do niczego się nie nadaje i na nic nie zasługuję. Ta osoba była pierwszym światełkiem na mojej drodze. Poleciła mi filmiki na yt odnośnie relacji z Wewnętrznym Dzieckiem. Zobaczyłam nadzieję. Słuchałam, czytałam książki cały czas. Zaczęłam terapię. Myślę, że o tym jak się czułam podczas terapii napiszę oddzielny post bo był to ogromny roller coaster. Czym chce się dzisiaj podzielić to tym, że byłam przy sobie cały czas. Zrezygnowałam z pracy i skupiłam się na sobie. Wykorzystywałam oszczędności i korzystałam ze wsparcia mojego Partnera. Przeprowadziliśmy się z Londynu nad morze, które zawsze potrafi ukoić moje myśli i emocje. Rozmawiałam z moim Wewnętrznym Dzieckiem codziennie, często siebie nie rozumiałam i zdarzały mi się wpadki, wewnętrzny krytyk wygrywał. Towarzyszyły też wyrzuty sumienia, bo widziałam jak raniłam innych. To była bardzo wyboista droga i mimo ogromu wątpliwości szłam dalej. Czułam, że nie ma powrotu do tego co było wcześniej. Zapłaciłam za terapię, kursy, warsztaty, książki dużo pieniędzy ale wiem, że było warto. To była inwestycja we mnie. Wiem, że zrobiłabym tak samo dla ratowania zdrowia fizycznego.

W moim życiu zaczęło pojawiać się coraz więcej chwil w których, czułam się szczęśliwa. Zaczęłam widzieć opcje, które były tuż obok ale byłam na nie zamknięta. Relacje z bliskimi przeszły na całkowicie inny poziom. Zaczęłam rozumieć moją wrażliwość, która też pokazuję się coraz bardziej i bardziej. Znam swoje granice. Potrafię być w tu i teraz, zanurzyć się w chwili. Widzę otaczające mnie piękno i obfitość. Uwielbiam śmiać się spontanicznie, złościć z wnętrza brzucha i płakać do momentu ukojenia. Nie dążę już do „naprawienia” siebie, bo wiem, że wewnętrzny proces nie ma końca. Zawszę mogę zajrzeć w siebie głębiej, ode mnie zależy w jakich okolicznościach i z jakim podejściem to zrobię. Popełniam też błędy, nie uciekam od nich, biorę za nie odpowiedzialność i staram się, nie odwracać się w tych momentach od siebie.

W pewnym momencie zaczęłam szukać mojej drogi zawodowej. Wiedziałam, że kocham dzieci, zawsze okazywałam im ogrom miłości. Z tą myślą zaczęłam tworzyć przestrzeń, gdzie sprzedawałam dziecięce ubranka. Chyba nie muszę mówić, że przy tym też się nieźle namęczyłam… to uczucie ciężkości, gdy tylko myślałam o dokumentach… zaczęłam się poddawać…

Zobaczyłam w Internecie, że jedna z dziewczyn, która przeszła taką drogę co ja zaczęła pracować z innymi. Pojawiła się zazdrość, bo w końcu ja nie pozwalałam sobie nawet o tym myśleć! Zajrzałam w to bardzo głęboko. Otworzyłam się na głęboki proces, w którym zrozumiałam, że ta zazdrość pojawiła się, bo ja chce robić to samo! Podczas medytacji usłyszałam głos mojego serca.

Ja chce pracować z dziećmi! Z Wewnętrznymi Dziećmi!

Poświęciłam ogrom czasu, energii, pieniędzy na zdobywanie wiedzy, doświadczenia i właśnie tę wartość wykorzystuję w dalszym życiu. Rozwijam siebie w tym co kocham robić i tym też się dzielę z innymi. Przynosi mi to ogromną satysfakcję i radość. Cieszę się, gdy osoby w przestrzeni, którą tworzę mają głębokie procesy. Nigdy się tak nie czułam. Zawsze traktowałam pracę jako coś, co trzeba zrobić w przestrzeni od-do, i wrócić do domu, i dopiero wtedy, robić to co się chcę. Teraz wiem, że gdybym poszła gdzieś do pracy, nie miałabym sił na dzielenie się wiedzą, sesje z innymi. Dlatego połączyłam to co kocham robić z energią wymiany. Dlatego jestem tu i teraz i oferuję moje wsparcie innym.

W tym co robię jest moje serce i moja droga życia doprowadziła mnie do tego momentu.

Całuję,

Joanna Skalska

Właśnie skończyłam oglądać film dokumentalny o osobach, które mają wysoką wrażliwość: „Sensitive- The untold story”. Planowałam obejrzeć ten film dawno temu, ale dzisiejszego ranka, gdy zapytałam się siebie co chce robić w ten niedzielny deszczowy poranek, przyszła odpowiedź. Wypożyczyłam film, który zaprosił mnie do wielu przemyśleń.

Wiedziałam, że odczuwam świat inaczej niż wiele bliskich mi osób, nawet na sesjach słyszałam, że mam wysoką wrażliwość, ale ciągle brakowało mi pewnego klocka, takiej cegiełki, która mogłaby scalić mur. Bo jak ja jako dziecko, ciągle krzyczące, dopominające się o swoje, uczestniczące we wszystkich apelach przed całą szkołą, głośna, zwracająca na siebie uwagę ni jak nie pasowałam do prezentowanego wycofanego dziecka, które mocno absorbuje świat, musi być na uboczu, bo jest on zbyt przytłaczający. Od dziecka szłam przez życie rozpychając się łokciami, przedzierałam się, żeby tylko być widziana, żeby tylko nie zniknąć. Często w centrum uwagi pokazując wszem i wobec, że ja SAMA dam sobie radę.

SAMA.

Tego najbardziej się bałam. Rana odrzucenia, którą miałam w sercu stworzyła system obronny, który odciął mnie od mojej wysokiej wrażliwości, żebym mogła przetrwać. Dla dziecka ważniejsze jest, żeby było widziane przez matkę nawet w złym świetle, niż żeby nie było widziane wcale. Dwie dużo starsze siostry miały swój nastoletni świat, gdy ja byłam małym dzieckiem plus idealna siostra, wzorowa uczennica, duma rodziny i ja- najmłodsza, krzątająca się pod nogami, nie ważna, nie istotna, „ta, co zawsze coś odwali”. Teraz rozumiem, że moje zachowanie było systemem obronnym. Chciałam być widziana, nic więcej, nie byłam w stanie rywalizować z perfekcyjną siostrą, ale mogłam być jedynie widziana, gdy robiłam coś „złego”, nikt nie widział tego wołania o pomoc, nikt nie widział, że ja chcę, żeby ktoś mnie zauważył i zaakceptował taka, jaka jestem. Zawsze byłam za głośna, bo jak się bawiłam to na całego, zawsze byłam tą, co robi awantury, bo mnie bardzo bolało, gdy moje granice były przekraczany w subtelny, manipulacyjny sposób i mówiłam o tym wprost. Myślałam, że taka jestem, ekspresyjna, głośna, niedobra. Pamiętam sytuację, gdy babcia zamartwiała się o moją kuzynkę, która w wieku około dwudziestu lat gdzieś wyjeżdżała, ja w wieku 19 lat wyprowadziłam się z domu, babcia powiedziała, że o mnie się nie martwi, bo ja sobie poradzę nawet jakby cały świat zalała woda. Nie widziałam, czemu mnie tak bardzo zabolały jej słowa. Zabolały, bo ja też chciałam, żeby ktoś się o mnie martwił, żeby ktoś mnie wspierał, żeby ktoś mi pomagał i akceptował taka, jaka jestem, a nie zostawił samej sobie, bo jakoś SAMA sobie poradzisz. Moja rana odrzucenia była taka ogromna, że odwróciłam się sama od siebie, tak jak odwróciła się ode mnie matka, bliscy. Chciałam za wszelką cenę być widziana, to mi wystarczyło, żeby nie zapomnieli, że jestem, żeby mama nie pojechała szybko samochodem do jej mamy, gdy ja będę się bawiła w domu obok u drugiej babci. Żeby pamiętali, że jestem. Z tej wielkiej rany wytworzyła się ogromna zbroja Asi walczącej, Asi nic nie ruszy, Asi, która ma wszystko gdzieś. Ta zbroja pomogła mi przetrwać, ale pod nią był ogrom bólu, tęsknoty za bliskością i lęku przed odrzuceniem, które to popychały do działań z pozycji braku akceptacji i lęku przed samotnością. W filmie jest wzmianka o tym, że niektóre dzieci, zaczynają krzyczeć i płakać, gdy są przytłoczone, często spotykają się z niezrozumieniem od dorosłych, bo jak to? Przecież przed chwilą się bawiłaś i wszystko było okay a teraz płaczesz? Co z tobą jest nie tak? Ciągle pamiętam jak płakałam w łazience przy oknie i prosiłam, żeby ktoś mnie zabrał z tego domu. W takich sytuacjach dziecku potrzeba akceptacji i zrozumienia, czasami nawet wystarczy zapytać, a nie z góry demonizować i przyklejać łatkę tej złej, niedobrej, tej, z którą coś jest nie tak. Wystarczy trochę empatii, współodczuwania i zrozumienia dla ekspresji emocji, bo one pojawiły się z jakiegoś powodu, dla dorosłego może to być błahostka, ale dla dziecka są one ważne.

Nie potrafię powiedzieć jak wiele razy wracałam do mojej małej Asi i pokazywałam jej, że uczucia, jakie ma są okay, że to jest w porządku, że tak się czuje i jestem przy niej ja, ja ją rozumiem i będę przy niej zawsze, że sposób w jaki odczuwa jest unikatowy i wspaniały a inni po prostu mają inną wrażliwość. Odkrywanie kawałek po kawałku mojej wrażliwości nie jest łatwą przygodą, usłaną płatkami róż, ale ta podróż jest warta każdej łzy, łzy smutku czy też wzruszenia. Mam wrażenie, że po każdym procesie odkrywam siebie na nowo, zdejmuje kawałeczki tej zbroi, którą nosiłam na sobie od maluszka a pod którą, jest to piękne wewnętrzne światło. Ta wielka pustka została wypełniona przeze mnie, ja sama dałam sobie przestrzeń na przeżywanie emocji i uwalnianie ich z ciała. Wracałam do wszystkich momentów, gdzie moje emocje, gdzie Ja czułam się nieważna i okazywałam sobie empatię jak również uznanie dla moich uczuć.

Wspomnę jeszcze o procesie, który miałam ostatnio. Często wracałam do chwili, gdy siostra siedziała z mamą w kuchni. Mama piła kawę, siostra herbatę i spędzały czas razem. Za każdym razem, gdy pojawiałam się na horyzoncie siostra opowiadała mamie jakąś sytuację, gdy zrobiłam coś, powiedziałam coś nie tak. Złość matki spadała na mnie, ja krzycząc wychodziłam a one we dwie mogły dalej na mój temat rozmawiać, jaka to nie jestem, zła, niedobra i nie umiem się zachowywać. Od dawna zdawałam sobie sprawę z mechanizmów, jakie tam zachodziły, rywalizacja o miłość matki itd. Często też procesując tę sytuację pojawiała się złość i smutek, dopiero niedawno poczułam ten straszy ból odrzucenia na innym poziomie niż kiedyś procesując wiele razy tę sytuację, przyznałam przed sobą, że ja też chciałam być częścią tych pogaduszek. Siostra miała idealny sposób, żeby się mnie pozbyć i zagarnąć całą uwagę dla siebie, często mnie ośmieszała albo zawstydzała, gdy siedzieliśmy wszyscy przy stole. Ja wybuchałam złością, bo moje granice były przekraczane i znowu w oczach bliskich byłam tą złą, która krzyczy i nie umie się zachować. Z tego miejsca jestem świadoma, że ja byłam ofiarą w tej sytuacji, chociaż wtedy myślałam o sobie, że ze mną jest coś mocno nie tak. Czując więcej, przeglądając się w oczach rodziców widziałam ten brak akceptacji, na mnie taką, jaka jestem. System rodzinny, w którym się wychowałam był dość złożony a ja z moją wrażliwością, z głębią odczuwania, ekspresją uczuć, krzycząc, bo tylko wtedy byłam słyszana idealnie wpasowałam się do miana „czarnej owcy” rodziny.

Wspominam o tej historii, bo chcę nadmienić, że proces powrotu do siebie, nie trwa 3 miesiące, jest to proces wieloletni a głębsze pokłady wrażliwości ujawniają się wraz z naszą pracą, spotykaniem się ze sobą, dążeniem do przodu, niepoddawaniem się i akceptacją na wszystko, co się pojawia. Ten wewnętrzny głos prowadzenia jest w nas i każdy jest w stanie go usłyszeć o ile nie jest zagłuszany przez traumy i gdy się na niego otworzymy w uważności. Zawsze możemy zajrzeć w siebie głębiej, zawsze możemy spotkać się ze sobą bardziej a my, wysoce wrażliwi, którzy musieli ukryć tę wrażliwość głęboko na dnie mamy ogrom do odkrywania.

Całuję,

Joanna Skalska

Od dziecka jesteśmy programowani na wiedzę, logiczne myślenie, analizę. Jak byłam mała, często słyszałam: „myśl o tym, co mówisz”, „zastanów się, zanim coś powiesz” jak wypowiadałam jakieś moje opinie, prawdy na temat otaczającego mnie świata, które były niewygodne dla dorosłych. Bez filtrów, których na tamten moment jeszcze nie znałam. Oni byli nauczeni je ignorować, pomijać, żeby np. nikogo nie urazić, być zawsze miłym i uśmiechniętym, nie narażać się nikomu swoją opinią.

A dzieci? Dzieci, jakie są? Prawdziwe!

Mówią to, co myślą bez filtrów nałożonych przez świat patriarchalny. Wypowiadają słowa prosto z serca, które nie są filtrowane. Dziecko jak widzi pięknego motyla, to się zachwyci całym swoim ciałem, a jak widzi coś brzydkiego nazwie to wprost, a nie opowie wymijająco, delikatnie, bez nazywania stanu rzeczy albo pominie wypowiedź. Dziecko mówi z serca. Prosto i wyraźnie.

Do około 5, 6 roku życia dzieci działają na innych falach mózgowych, gdzie nie jest jeszcze wykształcony umysł analityczny, logiczny, wtedy też przyswajamy przekonania otaczających nas osób. Umysł analityczny kształtuję się do około 12, 13 roku życia. W tym czasie, często też kierowane są do nas słowa: nie rób tak, nie myśl tak, takie myślenie jest dobre a takie nie, jak możesz tego jeszcze nie wiedzieć? Moje dzieciństwo było usłane z tego typu wypowiedzi, czy to w szkole, czy w domu, a Twoje? Uczymy się nie usłuchać tego głosu serca, intuicji, który jest w środku, bo uznanie przychodziło wtedy, gdy wypowiedzi były przefiltrowane. W szkole też najważniejsze jest myślenie odtwórcze, im więcej się uczysz, im więcej wiesz, tym lepsze dostaniesz oceny. W mojej tak było, jedyny przedmiot, gdzie mogła zaszaleć wyobraźnia to była plastyka, ale to też do pewnego momentu, ponieważ w późniejszych klasach weszła wiedza na temat malarzy, dzieł itd.

Wszystko sprowadza się do umysłu, więc gdy w procesie odnajdywania siebie mamy zacząć znowu słuchać swojego serca to umysł to neguje. Umysł jest nastawiony na ochronę, chroni przed tym, co nie jest znane. On nie wie, że tylko słuchając głosu swojego serca, działając w zgodzie ze sobą, możemy być szczęśliwi. Umysł myśli, że jak zdobędę super auto, pojadę na mega wakacje, kupię nieziemską sukienkę ,to wtedy będę szczęśliwa. Pojawia się szczęście na jakiś czas, ale za tym też pojawiają się kolejne rzeczy do spełniania, bo szczęście jest warunkowe i czasowe. Gdy działam w zgodzie z sercem, z głębi serca, czy to jest spacer po bułki, czy sprzątanie, czy wyjazd na wakacje to czuję zadowolenie cały czas.

Ale jak zacząć słuchać intuicji, serca, głosu mojej duszy?

Jest to proces, gdzie uczymy umysł, że jest bezpieczny, że nie grozi nam niebezpieczeństwo, porażka, gdy działamy w zgodzie z tym wewnętrznym głosem. Jak to wygląda u mnie w praktyce? Szkic do tego tekstu napisałam w tamtym tygodniu, miałam zamiar, żeby wypuścić go jak najszybciej. Po napisaniu przyszedł impuls, żeby pójść na spacer. Tak też zrobiłam. Wróciłam do domu, zabrałam się za obiad i dni mijały. Dzisiaj rano zaczęłam oglądać świetne nagranie, gdzie słuchałam o umyśle i przypominały mi się wypisane wcześniej zagadnienia. Poszukałam je, wzięłam się za pisanie i słowa same się układają. Akapit za akapitem. Z pozycji umysłu jest to nielogiczne, bo skoro stworzyłam szkic, powinnam od razu usiąść i napisać wersję, z którą mogę wyjść, a nie zajmować się innymi sprawami, np. pójść na grzyby i później je czyścić przez 2 dni. Swoją drogą spotkała nas taka obfitość, że mieliśmy całą wannę grzybów, które teraz powolutku suszę 😊 Wiem też, że jeśli usiądziesz i wykonasz sugestię, które Ci tutaj proponuje to będzie się to wiązało z poszerzeniem punktu widzenia. Tak samo, gdy ja robiłam taką pracę prowadzoną w podobnym procesie.

Tak jak wspominałam wcześniej, umysł nas chroni przed tym, co nie jest znane, co uznaje, że jest niebezpieczne. Kiedyś pod nagonkami otoczenia podświadomość uznała, że właśnie słuchanie serca nie jest dla nas dobre, dlatego została wyeliminowana. Kontaktując się z tym lękiem przed słuchaniem intuicji, pojawiają się różne scenariusze. U mnie np. było to, że bałam się, że ktoś mi zarzuci, że działam nielogicznie. Wystarczy, że usiądziesz z kartką papieru i zadasz sobie pytanie, co to za lęk? Przed czym się boję? Mogą wypłynąć przekonania, o których nawet nie wiedziałaś, że masz albo nie zdawałaś sobie sprawy z tego, że są powiązane z tym tematem.

Skoro w sercu mamy prawdę, autentyczność, intuicję to warto też zadać sobie sprawę, czym jest dla Ciebie prawda? Z czym Ci się kojarzy? Jakie usłyszałaś zdania na ten temat, w jakie przekonania uwierzyłaś. Ja często słyszałam, że prawda w oczy kole, ale też, że prawda prowadzi do uwolnienia. Zauważ, jaka jest to sprzeczna informacja, która we mnie była. Z jednej strony bałam się poznać prawdę, a jednak podświadomie w cierpieniach (bo w oczy kole) dążyłam do uwolnienia. Czyli sama sobie torowałam drogę cierpienia do prawdy, a co jeśli w dzieciństwie rodzice zapoznaliby mnie z przekonaniem, że prawda jest lekka, miła i przyjemna a podążanie w zgodzie z nią jest najprzyjemniejsze na świecie. Gdy przyjęłam to przekonanie za moje, dużo łatwiej było mi skontaktować się z moim sercem i zobaczyć to, co jest w środku. Nie stało to też się z dnia na dzień.

A co musi się wydarzyć, żeby zobaczyć i podążać za tą prawdą płynącą z serca? Trzeba nauczyć się ufać sobie. Tej wiedzy, uczuciom, które są w nas. Tak jak wspominałam, jesteśmy uczeni od dziecka logicznego myślenia w określony sposób, a często głos naszej duszy, nie jest logiczny w znanych nam ramach. Często mam ogromne efekty właśnie działając w sposób nielogiczny. Bo jak to wpływa na rozwijanie mojego bloga, że pójdę na grzyby? Ano tak, że zaufałam sobie, zrobiłam to, co bardzo chciałam, co zaowocowało ogromną obfitością i w grzybach i słowach. Logiczne? Nie bardzo 😊A jak jest u Ciebie? Jakie masz przekonania na temat zaufania?

Gdy pojawia się chęć zrobienia czegoś, ale w rolę wchodzi umysł i racjonalizuje, to wtedy czujemy taki wewnętrzny rozjazd. Przypomnij sobie, jak bardzo chciałaś coś zrobić, pojawiła się logika, że nie, że jeszcze nie czas, że jeszcze nie jestem gotowa, że jeszcze muszę się dużo dowiedzieć, to obejrzeć, to przeczytać i dopiero będę mogła zrobić to, co chcę zrobić, że jak nie wyjdzie, to będzie klęska i tyle spraw może pójść nie po myśli. Gdy już przeczytamy i obejrzymy to, co chcieliśmy pojawiają się kolejne rzeczy, które powinniśmy przyswoić. To uczucie, że nie czuję się jeszcze gotowa, może się nigdy nie skończyć choć serce krzyczy inaczej. Takie właśnie mam odczucia odnośnie do warsztatu, który chodzi mi po głowie od 2 tygodni, ale ciągle go odwlekam. Dzisiaj postanowiłam, że na pewno go zrobię po powrocie z wakacji, czyli pod koniec września. Wiem, że na dany moment będzie najlepszy, jaki może być i przyniesie transformacje mi i innym.

Każdy z nas przeszedł swoją indywidualną drogę, dzieciństwo i ma inny zestaw przekonań. Każdy z nas pomimo tego, że odczuwa te same uczucia, czuje je inaczej. Dlatego warto ufać sobie i temu, co się w nas pojawia. Nie jesteśmy w stanie, być szczęśliwym robiąc to samo co inni, co np. nasz autorytet o ile to nie wypływa z serca. Bo ten wewnętrzny kompas jest najważniejszy, to właśnie uczucia, które mamy mówią nam, czy jesteśmy zadowoleni i szczęśliwi robiąc coś, spotykając się z kimś. A czy czujemy się ciężko i pojawia się myśl: „o coś tu jest nie tak”. Słuchając siebie, mamy to wewnętrzne prowadzenie, gdy je tracimy, wchodzi umysł z analizą: „To jest nie tak, tamto nie tak, to może nie wyjść, a tamto nie ma sensu”. Od nas zależy czy posłuchamy tego głosu umysłu, czy też skierujemy uwagę do serca i będziemy działać mimo lęku i może na początku też niezrozumienia dla tego, co się dzieje. Tak jak wspominałam, to nie jest proces kilkugodzinny, uczymy się na nowo zaufania do siebie. Pokazujemy naszemu Wewnętrznemu Dziecku, że może nam ufać, że jego głos jest ważny. Zapraszam do zaczęcia praktyki od małych rzeczy, czy to będzie spontaniczna drzemka w ciągu dnia, czy też zakup ubrania w całkowicie innym stylu.

Jak zmieni się Twoje życie, gdy w pełni zaufasz sobie?

Całuję,

Joanna Skalska

Jako dziecko uczyłam się jak wygląda świat, testowałam, sprawdzałam, popełniałam też błędy. Błędy, które są naturalnym etapem procesu poznawczego. Czasami mi ktoś wytłumaczył konsekwencje niektórych zachowań, ale często odbijałam się od złości matki. Nie wiedziałam czemu moje przepraszam nie działa… czemu ona jest ciągle zła skoro przeprosiłam?

Pamiętam siebie w wieku ok. 6 lat jak coś zrobiłam, nawet nie pamiętam już co… matka nakrzyczała na mnie, bez wyjaśnień co zrobiłam źle i była wściekła. Wtedy myślałam, że cała jej złość jest przez moje zachowanie… wzięłam ją całą na sobie. Zresztą często takie sytuacje miały miejsce…

Przeprosiłam. Bałam się, że odrzuci mnie najważniejsza osoba na świecie, osoba, bez której myślałam, że nie przeżyje. Pomimo tego, że starałam się bardzo złagodzić, nadrobić ciągle spotykałam się z jej złością. Odbijałam się od niej. Jak bardzo się nie starałam, ona ciągle była zła a ja myślałam, że to wszystko moja wina…

Wtedy nie rozumiałam, że ta złość, którą matka na mnie przelewa tak naprawdę jest jej niewyrażoną złością… Miała ogrom na głowie i nie umiała sobie z tymi emocjami poradzić co też nie oznacza, że miała prawo wyrażać ją w ten sposób. Przelewając na bezbronne, zależne od niej dziecko…

Ja byłam niewinna. Nie zrobiłam jej specjalnie krzywdy, ale z jej punkt widzenia byłam tym zapalnikiem, gdzie ta złość została skierowana. Nie ważne było co dalej robiłam, ona kierowała swoją złość na mnie.

Spotkałam się z moją małą Asią i zobaczyłam jej ból. Zobaczyłam ten strach… Zobaczyłam ten moment traumy. Moment, gdzie nie widziałam w ogóle wyjścia z sytuacji. Gdzie cokolwiek by się nie wydarzyło i tak z pozycji oceny matki byłam skazana na porażkę… Tam nie było empatii, tam nie było zrozumienia, tam nie było tej nici porozumienia. Za to był ogrom emocji bardzo wrażliwej dziewczynki, która musiała się od siebie odciąć… na tamten moment było to jedyne rozwiązanie.

Teraz jest inaczej, teraz moje Wewnętrzne Dziecko nie jest już samo. Teraz moje Wewnętrzne Dziecko ma swojego Idealnego Rodzica, którym jestem ja sama. Ja siebie wysłuchałam, wyraziłam wszystko, co wtedy nie mogłam powiedzieć i zaakceptowałam tę ogromną wrażliwość, która jest we mnie. Tę samą wrażliwość, której nie akceptowali moi rodzice, bo była dla nich zbyt konfrontująca.

Zobaczyłam z innej strony tę sytuację i jak bardzo ona była destrukcyjna dla mnie i jak też wpływała na moje dorosłe życie.

Wysoka wrażliwość wymaga też wysokiej obrony granic. Bez tych granic, ona nie będzie czuła się bezpieczna, żeby się pokazać.

Całuję,

Joanna Skalska

Jestem całością a we mnie są dwie energie. Męska i kobieca. Kiedyś nie miałam o tym pojęcia i myślałam, że jestem super kobieca, a tak naprawdę byłam kobietą w energii męskiej.


Działanie, nastawienie na cel, rywalizacja, siła, odwaga, ciekawość i zdobywanie są to działania męskie. W moim życiu musiałam ciągle czuć kontrolę, nad wszystkim. Tutaj naprawdę mam na myśli wszystkim. Jeśli jej nie czułam, to miałam wrażenie, że grunt mi się wali pod nogami. W pracy nastawiona na cel, wyniki, w domu wszystko pięknie zorganizowane począwszy od gumek do włosów i skończywszy na ważnych dokumentach. Organizowanie każdej minuty, pamiętam, jak przeprowadziłam się do Londynu i miałam jechać pierwszy dzień do nowej pracy. Zdecydowałam się, że pojadę autobusem i wzięłam pod uwagę wszystkie możliwości co może wyjść nie tak. Tak bardzo chciałam pokazać się na czas, zwarta i gotowa na pierwszy dzień w pracy, że w efekcie musiałam się bujać prawie godzinę w parku, bo byłam tak bardzo za wcześnie 😊 Od mojego partnera oczekiwałam, że będzie mnie adorował w sposób, jaki ja chce, jak tego nie robił był foch. Jak widziałam znajomych, którzy coś robili i zostawiali przestrzeń, na to by się część spraw wykreowała sama, podczas robienia to mnie zalewała panika wraz z atakami gorąca. Sama nie dawałam sobie przestrzeni na bycie więc mnie przytłaczało, gdy to widziałam u innych. Im bardziej chciałam pozwolić sobie na luz i go wykreować tym bardziej mi to nie wychodziło i złościło jak mieli to inni.


Na mojej drodze rozwoju zaufanie mojej intuicji, puszczenie kontroli było najtrudniejsze. Miałam wrażenie, że jeśli puszczę kontrolę to spadnę, przepadnę, zniknę. Nie będzie mnie, jakby to było całe moje JA. Intuicja, kreacja, przyjmowanie, radość, lekkość, płynność, delikatność, miłość to cechy kobiece, energii kobiecej. Na początku pozwalałam sobie na doświadczanie tej energii w kontrolowanych momentach, np. podczas kąpieli. Kiedyś- włosy-ciach, twarz- ciach, piling ciała- ciach, taki olejek, bo coś a taka sól, bo coś tam, głowa wybierała. Wraz z czasem zaczęłam bardziej doświadczać. W książce „Obudźcie Tygrysa” Levine jest ćwiczenie, żeby polewać każdą część ciała wodą i się z nią witać. Oczywiście z mojego męskiego punktu widzenia była to strata czasu i wody 😊, ale mimo to zaczęłam to robić. Powoli, jak czułam. Później zastąpiłam wodę pilingiem, każda część ciała, po kolei tak jak miałam ochotę, tak jak czułam i na ile czułam, takim zapachem, na jaki miałam w danej chwili wizję. Moja kobiecość zaczęła powoli się rodzić pod prysznicem, bo na początku tylko tam pozwalałam sobie na luz. Zaczęłam interesować się moją miesiączką, zgłębiać informacje nie od strony fizycznej, ale mentalnej. To wszystko było niesamowite- spojrzenie na miesiączkę jako miesięczny rytuał, a nie jako tą spowalniającą, bolącą zaporę. Spojrzenie na seks jako na płonącą przyjemność, oddanie się chwili, gdzie sytuacja rozwija się z sekundy na sekundę i zmienia swoją płynność w każdy możliwy sposób, otwarcie się na to. Spojrzenie na siebie, gdzie najważniejsze jest wołanie serca, ze środka bez myśli „a co powiedzą inni”. Wsłuchanie się w siebie i powoli odkrywanie warstwa po warstwie coraz głebiej do płynności, miłości, spontanicznego śmiechu, delikatności, lekkości i przyjmowania tego co świat ma do zaoferowania.

Nie przeszłam od zdyscyplinowanego żołnierza do hasającej rusałki na łące w jeden dzień, to jest proces. Nie czuję się też jak ta rusałka w całym moim dniu, bo jest czas i na nią i na mojego żołnierza. Połączenie tych dwóch energii w indywidualny dla mnie sposób jest kluczowy. Żeby żołnierz mógł działać i wprowadzać w życie to najpierw rusałka musi zacząć szeptać mu do ucha. Żeby rusałka mogła szeptać cokolwiek, najpierw musi spotkać się z kreacją, delikatnością, kruchością, płynnością w sobie. Ta piękna przestrzeń w której „myślenie jest objawem kreacji” jest moją ulubioną częścią w życiu. Mój żołnierz jest obecny, gdy wstaje o wyznaczonej godzinie i ściele łóżko, ale to rusałka układa poduszki w sposób artystyczny. Żołnierz ułożył wygląd strony, a rusałka dała treść. Żołnierz układa grafik, kiedy i o której spotykam się z moimi klientami, a rusałka kieruje się intuicją w procesach. Żołnierz i rusałka są we mnie i daje im przestrzeń na wspólne dopełnianie się nawzajem. Jak Yin i Yang. Według mnie bez jednego nie ma drugiego.

Całuję,

Joanna Skalska

Kiedyś postrzegałam energię jako kolorowe obłoczki wokół ludzi wdziane przez wybranych, nadprzyrodzone zjawisko, wymyślone, mało realne. Kojarzyłam ją z medium, które potrafi wszystko o Tobie się dowiedzieć poprzez dotyk bądź głębokie spojrzenie w oczy, wrażenie wykreowane na podstawie filmów, książek, które podążało za mną w życie dorosłe.


Na jednej sesji z Frankiem Bock, gdy powiedziałam mu, że z moim partnerem przechodzimy przez trudny czas zapytał mnie, jaką energią go darzę? Nie wiedziałam co powiedzieć więc poprosił mnie, żebym zaczęła opowiadać o mojej relacji. Fakt był taki, że w relacji romantycznej widziałam tylko jego, najważniejsze dla mnie było to, żeby on mnie widział, kochał, ja dawałam wszystko, żeby choć trochę tej miłości otrzymać. Również na innych płaszczyznach mojego życia uwagę koncentrowałam na otaczające mnie osoby, tych, którzy w pewien sposób mi imponowali, jak oni mnie postrzegają, co o mnie myślą, czy mnie lubią, co ja mam zrobić i czym sobie zasłużyć, żeby to dostać. Nie było tam miejsca na mnie, wtedy nie zadawałam sobie pytań, czy ja kogoś lubię, czy ja chcę poświęcić mój czas i moją uwagę, byłam ciągle gotowa, by choć trochę tej uwagi dostać. Mała chwila z sesji a pozwoliła mi zmienić całkowicie postrzeganie, pamiętam, że pozostałam w tym zdumieniu przez kilka dni i obserwowałam siebie, moje zachowania.

Rozdawałam moją siłę, uwagę, energię w usłudze innym i nic nie zostawało dla mnie, wraz z moją wiedzą i rozwojem zrozumiałam jakie schematy odgrywałam i zaczęłam je procesować. Moje życie zaczęło się zmieniać, małymi kroczkami szłam do przodu, starałam się znaleźć każdego dnia chwilę na to, by poświęcić czas dla siebie, swojej przyjemności, czy to był samotny spacer, wyjście na siłownie czy nawet po mleko, ale wykonane z przyjemnością i w zgodzie ze mną. Polubiłam spędzać czas sama, to było dla mnie ogromne odkrycie, bo do tamtej pory zawsze próbowałam wypełnić moją pustkę innymi.


Koncentracja na to, co komu daje, jak się dzielę moją energią ogromnie zmieniła moje życie, nie staram się już nikogo „nakłonić” moim zachowaniem, żeby mi coś dał, wiem, że ja mogę sobie to dać i jakkolwiek bym się nie starała osiągnąć coś od drugiej osoby to ona po prostu nie będzie i tak, i tak w stanie mi tego zapewnić. Jestem jedyną osobą, która może spotkać się z moimi potrzebami. W moim małym, dużym świecie to ja jestem dla siebie najważniejsza, bo nikt inny za mnie mojego życia nie przeżyje. Tak samo, jak nikt nie przeżyje Twojego życia za Ciebie. Taki zdrowy egocentryzm, życie w poszanowaniu granic swoich i innych.


Krótki wpis o moim postrzeganiu energii na początku mojej drogi, mam nadzieję, że i Ciebie zainspiruje, żeby przyjrzeć się ile dajesz innym i na ile to jest zgodne z Tobą.

Miłego dnia Kochani!
Jeśli jesteście zainteresowani pracą ze mną zapraszam do napisania na mój e-mail bądź fb fanpage.

Joanna Skalska. Obudź w sobie Wewnętrzne Światło.
twojewewnetrzneswiatlo@gmail.com

Pozdrawiam,
Joanna Skalska.


Zawsze wiedziałam, że przekonania są obecne w moim życiu, ale nigdy nie zdawałam sobie sprawy jak bardzo blokują mnie przed podjęciem działań. Przekonanie jest to Nasz punk widzenia na pewien temat, są to głęboko zakorzenione wzorce usłyszane bądź odczuwane w dzieciństwie. Mogą to być zdania bądź powiedzonka często powtarzane przez naszych rodziców, opiekunów czy nauczycieli. Jako dzieci chłonęliśmy wszystko, co serwowało nam otoczenie, bez względu na to, czy to było sprzyjające, czy też nie. W rezultacie następuje zamknięcie się na opcje, jesteśmy pełni blokad i stosujemy autosabotaż wobec siebie. Przykładami takich przekonań mogą być: „Nie jestem wystarczająco dobra”, „Mi się nie należy”, „To nie jest dla mnie”, „Mi zawsze musi się coś nie udać”. Tak jak my postrzegamy siebie i nasze przekonania, tak życie oddaje, kreuje nam rzeczywistość w której żyjemy.


Tak jak wspominałam, są to zdania bądź słowa, które często słyszeliśmy w dzieciństwie. Mogą to być słowa wypowiedziane bezpośrednio do nas- dzieci, np.: „jesteś niedobra”,” jesteś niezdarą”, „tylko wstyd nam przynosisz”. Rodzica JESTEŚ staje się dziecka JESTEM. 

Dziecko idzie w życie z taką łatką, która została mu przyczepiona i nawet nie zdaje sobie sprawy z tego, że ona tam jest, ale dostaje od życia potwierdzenie, że taka jest „prawda”. Życie oddaje nam to, co jest w nas w środku, na zasadzie lustra więc warto się zastanowić jakie sytuacje często powtarzają się i co wtedy do siebie mówię, czy jestem dla siebie wyrozumiała i podchodzę do siebie z miłością a może powtarzam słowa rodzica?
Przekonania w naszym życiu mogą dotyczyć dosłownie wszystkich aspektów: ciała, zdrowia, pieniędzy, szacunku do siebie i innych itd. Warto się zastanowić jakie słowa, zdania, powiedzonka, przysłowia powtarzali często nasi rodzice, opiekunowie. Czy to było np. „Biednemu zawsze wiatr w oczy”, „Pokorne ciele dwie krowy ssie”, „Siedź w kącie znajdą Cię” a może, gdy tylko coś upadło, bądź się zepsuło padało „och, mi to zawsze coś musi się nie udać”. Do rozpoznania tych wszystkich przekonań potrzebna jest ogromna uważność na to, co mówili, mówią ludzie, z którymi przebywamy i na to, co my mówimy do siebie i innych. Proponuję zastanowić się i wypisać, utworzyć listę tego, co często słyszeliśmy w naszym dzieciństwie i co możliwe, że sami powtarzamy. W książce Susan Forward „Matki, które nie potrafią kochać” jest takie fajne ćwiczenie: dzielimy kartkę na połowę, na jednej wypisujemy przekonania a na drugiej naszą opinię na dany temat. Jak zaczniemy pisać, to lista będzie się powiększała i te przekonania zaczną płynąć. Warto się zastanowić czy dane przekonanie jest naszą prawdą, czy może wybieramy inaczej. Łatwo będzie zauważyć, że przekonanie to kłamstwo więc z jednej strony piszemy: PRZEKONANIE (kłamstwo) z drugiej PRAWDA. W książce autorka sugeruje rytuał, więc jeśli ktoś jest zainteresowany to polecam do lektury albo jeśli nie macie książki, napiszcie to Wam prześlę zdjęcia stron. Ja sugeruję, żeby zagłębić się w te przekonania, które wypisaliśmy emocjonalnie, dzieląc je na poszczególne kroki:
1. Wybieramy przekonanie, któremu chcemy się przyjrzeć.
2. Zamykamy oczy i mówimy je na głos bądź w myślach.
3. Sprawdzamy, czy pojawiają się emocje.
4. Będąc w emocji, podważamy przekonanie. Sprawdzamy, czy jest prawdziwe i zgodne z tym, w co chcemy wierzyć.
5. Pojawia się inna perspektywa widzenia danego przekonania, możliwe, że nie od razu albo będzie trzeba do niego wrócić kilka razy.
Polecam też The Work, Byron Katie. Ta metoda pomaga spojrzeć z innej perspektywy, ale z doświadczenia wiem, że niesamowite efekty przynosi praca z emocjami.


Drugim sposobem, w jaki nabywamy przekonania jest poprzez odczuwanie. Podczas dorastania uczymy się zachowań, w których czujemy się bezpiecznie i komfortowo, w których dostajemy aprobatę od rodziców, opiekunów więc często w dorosłym życiu trudno jest nam otworzyć się na opcje, które w rodzinnym domu nie były mile widziane. Jako dzieci naszą główną potrzebą jest bycie widzianym przez rodzica, jesteśmy całkowicie od nich zależni więc robimy wszystko by nie zostać sami. Gdy rodzice nie aprobują nas w całości, odpychamy te „nie mile widziane” zachowania, cechy z naszego ciała, z naszego ja. Te części nas, nie mają w naszym ciele przestrzeni na zaistnienie i w rezultacie jesteśmy pełni takich wewnętrznych podziałów. Poprzez przyjrzenie się naszym przekonaniom i tym, co zostało „wygnane” i zintegrowanie tego w sobie możemy dopiero stworzyć całość. Samopoznanie blokad jest kluczowe, bo tylko znając schemat  jesteśmy w stanie z nim pracować poprzez pracę z emocjami, Wewnętrznym Dzieckiem bądź pracę z Cieniem. Przekonania, które zdobyliśmy emocjonalnie, przez zawstydzanie, wyszydzanie, wprowadzanie w toksyczny wstyd jest trudniej w dorosłym życiu się z nich wyleczyć. Bardzo często zdarza się, że podążamy pewnym schematem, bo przekonanie wbiło się głęboko w naszą podświadomość, dlatego bardzo ważna jest uważność na powtarzające się uczucia w ciele bądź sytuacje, które ciągle nam się „przytrafiają”.


Poprzez uważność i wychodzenie z bardzo dobrze nam znanych ścieżek jesteśmy w stanie zauważyć powtarzające się wzorce. Sprawdzajmy co pojawia się w ciele, wybierzmy inną drogę do pracy, zapiszmy się na zajęcia, o których zawsze myśleliśmy, że są ciekawe, ale w sumie nigdy nie było nam tam po drodze, spróbujmy nowej restauracji na obiad nie tej, którą zawsze wybieraliśmy, otwórz blog, jeśli zawsze interesowałeś się fotografią, zacznij nowy innowacyjny projekt w swojej firmie, który Ci chodził tyle czasu po głowie, ale zawsze podchodziłeś do niego sceptycznie. Każdy ma swoje indywidualne bariery, dla jednej osoby to, co Tobie sprawia problem to możemy być pikuś, ale gdy Ty się na to zdecydujesz i pokonasz swój strach, to będzie wielkie osiągnięcie dla Ciebie i jeśli podążysz za sercem będziesz  miał z tego dużo korzyści. Tam, gdzie jest nasze serce, tam, gdzie kieruje nas nasza dusza, tam jest nasza radość, pasja. Przez wiele lat się wstrzymywałam z tym, co lubię, bo byłam wypełniona przekonaniami po brzegi, które mnie blokowały. Oczywiście są też takie, które nam pomagają i pchają do przodu ,dlatego ważne jest, żeby nadpisać tym, co nam służy to, co nam nie służy.

Poniżej załączam moje nagranie, w którym przybliżam dynamikę przekonań.

Powodzenia Kochani,

Joanna Skalska